Rozumiem ich i nie dziwię się , że tak postąpili.- powiedziała Clary. Jace i Lily podeszli do tej dwójki: - To było piękne- powiedziała Clary. - Dziękujemy- odpowiedziała Lily i uśmiechnęła się do Clary. - Widzę, że jesteś zadowolony Alec, że w końcu udało Ci się nas usłyszeć- spytał się Jace. - Oczywiście, że tak. Rozdział 3 Hej, sorry że nie wczoraj, ale miałam trochę na głowie. Kolejny rozdział planuje dodać koło piątku lub soboty. Dziękuję za czytanie mojego bloga. A teraz dość ogłoszeń, przechodzimy do rozdziału 3 Wzywasz mnieŚnie odlegleTo co skryteMusi zostać odnalezioneDźwięki wolności sprawiająże chcę spróbować „Sound of freedom” Within Temptation - Alec'u powoli. - Magnus chwycił Nocnego Łowcę za ramię i lekko pociągnął do tyłu. - Magnusie, co ty robisz? Jestem dorosły i wypełniam swoje obowiązki. - Pomyślałeś, że może Jace powinien pierwszy przekroczyć próg tego domu. - Magnusie daj spokój, niech idzie. - Blondyn próbował zachować spokój, ale w rzeczywistości czuł ogromne spięcie w żołądku, płucach, przeponie i sercu. Dusił się każdym wdechem i spinał się na każdy usłyszany szelest. Alec jako jego parabratai wyczuwał jedynie napięcie na całym ciele. Nie mógł jednak odczytać jego uczuć. - No to wchodzę. - Powiedział Alec. Chwilę później Magnus i Jace również przekroczyli próg domu. To co zobaczyli sprawiło na nich ogromne wrażenie. Mnóstwo krwi i ciał faerii leżało na podłodze. Ostatni z nich dumnym krokiem ruszył w stronę szczupłej, niewysokiej postaci. Sekundę później powietrze przecięło coś, co lekko oślepiło czarownika i Nocnych Łowców. Nim się obejrzeli mały kawałek metalu utkwił w prawym barku, tuż obok lewej łopatki. Pierwsze krople krwi zaczęły się sączyć z rany. - Clary! - Krzyknął Jace widząc jak upada. Momentalnie podniosła miecz, na który nadział się ostatni z faerii. Jego ciało prawie przygniotło jej. Nocny Łowca szybko podbiegł do ukochanej i w ostatniej chwili uchronił ją przed zmiażdżeniem. Otyłe ciało i ciężka zbroja opadły z hukiem na posadzkę. Kolejne krople krwi zdobiły marmur. Złotowłosy uklęknął na prawe kolano i lekko uniósł nieprzytomną Clary. Rana na ramieniu nadal krwawiła. Kilka jej kropel spadło na usta Nocnej Łowczyni. Wymieszała się z jej krwią i łzami. Jace zaniósł ją do sypialni, w której zastał przebudzających się Simona i Isabel. Trochę tym zdziwiony udał, że tego nie widzi. Powoli ułożył Clary na jej łóżko. Wtedy dopiero para Nocnych Łowców do niego dołączyła. Lekko oszołomieni nie wiedzieli co się z nimi dzieje. - Jaace.... cco.... tyy... tuu... rrobbisz? - Jąkając się Simon próbował zadać pytanie. - To ja mam zamiar dowiedzieć się co do cholery wy tu robicie. Clary walczyła sama z całym oddziałem faerii. Wy tymczasem smacznie sobie spaliście. - Nie wytrzymał Jace. Bał się o Clary. Szybkim ruchem wyjął swoją stelę. Zaczął rysować irtraze uzdrawiające. Tym razem Isabel podjęła się ponownego rozpoczęcia rozmowy. - Jace, nie wiem co w ogóle się dzieję. Clary wyszła do Alec'a i Magnusa, a później tylko pustka. Tyle pamiętam. - Ja też. Zresztą nie pamiętam nawet samego momentu kiedy zasnąłem. - Faeri'e i te ich mikstury. Zemszczę się na was. Jeśli ona umrze wybiję was jak psy. - Jace uspokój się. Gniew niczego teraz nie rozwiąże. - Isabel, zamieńmy się rolami. Niech twój Simon leży nieprzytomny. Zamartwiaj się o jego życie, a ja będę dawał Ci mądre rady. Na pewno mnie posłuchasz i będziesz spokojna. - Po wypowiedzeniu tych słów spojrzał jej prosto w oczy. Szybkim ruchem opuściła głowę i wbiła wzrok w podłogę. - Tak też myślałem. - Jace uspokój się. Każdemu z nas bliska jest Clary. Isabel próbowała tylko załagodzić sprawę. Uwierz mi, też zależy mi na Clary. - Komu nie zależy na niej? To ona ma ten jeden niepowtarzalny dar tworzenia run, o których nie mamy żadnego pojęcia. - Jece nie tylko ona posiada dar. Ty również. - Po chwili milczenia Isabel ponownie spróbowała nawiązać rozmowę ze swoim bratem. - Och, ale co znaczą moje umiejętności bez talentu Clary. Sam nie zdziałam nic. Będę tylko jedną częścią całości. - Jace nie mów tak. Masz mnie, Simona, rodziców Clary, Mayę, Magnusa i Alec'a. - Mayi tu nie ma, Simon nie jest w pełni wyszkolony, a poza tym wszyscy ulegamy substancjom, które wytworzą faeri'e. Jedynie Clary potrafiła im się oprzeć. Magnus jest wyczerpany... - Jace nie skończył swojej wypowiedzi, gdyż do pokoju wszedł Luck i Jocelyn. - A ja jestem w ciąży. Tak, miałam to wam powiedzieć jak tylko Isabel przestałaby płakać. Niestety nie doczekałam się tego, więc mówię to wam właśnie teraz. - Na Anioła czy ktoś z obecnych jest zdolny do walki? - Zupełnie jak na zawołanie pojawił się Alec. Isabel stanęła obok Aleca. - Dobra Alec ja i Isabel idziemy na zwiady... - Jace, nigdzie nie pójdziesz. A tak w ogóle, to dlaczego jeszcze nie wyjąłeś jeszcze tego sztyletu? - Jocelyn, co ty mówisz? Nie obudziłaś się jeszcze do końca, czy co? Jaki szt... - I wtedy spojrzał na ramię. Z lewego barku wystawał kawałek metalu ozdobiony pędami róż. Sztylet należał do Clary. Zawsze taki dostawała od Magnusa. Czasami dlatego, że miała imieniny, urodziny, była gwiazdka, lub inne święto, a czasami bez najmniejszego powodu. - Jace nie wyciągaj go. - Krzyknął nagle Magnus, jakby przeczuwając kolejny ruch Nocnego Łowcy. - Magnus, co Ci się dzieję. Jak nie wyjmę sztyletu, to nie będę mógł narysować irtraze uzdrawiającego, a wtedy się wykrwawię. Wiem, że od dawna chcesz zobaczyć jak olśniewająco wyglądam, gdy moja klatka jest nie ruchoma, a ciało białe, ale ja na razie nie wybieram się na tamtą stronę. - Ty nie rozumiesz, to ja podarowałem Clary ten komplet, z którego pochodzi sztylet wbity Ci w ramię. Wszystkie moje prezenty są zaczarowane. Każdy sztylet ma inne zadanie. Ten akurat tuż po wyjęciu wysysa całą energie życiową, powodując powolną, bolesną śmierć. - Czyli ten głupi kawałek metalu zabije mnie od środka? - Coś takiego. On po prostu wypali ci wszystkie siły z towarzyszącym uczuciem porównywalnym do zmiażdżenia ciała przez 100 ton. - Magnusie, przypomnij mi, żebym Cię udusił. - Chłopcze nie takim tonem. Rozmawiasz z wysokim czarownikiem. - Wysokim, ale jego wysokość nie wpływa na rozum. - Jace, Magnus, proszę o spokój. - Stanowczym głosem uciszyła dwójkę Jocelyn. Najpierw zwróciła się do Nocnego, a później do czarownika. - Musisz zrozumieć, on również troszczy się o Clary. A ty się pospiesz, bo jeden z najlepszych Nocnych Łowców wykrwawi się na śmierć. - Zrobię to jeśli ten wspaniały Nocny Łowca mnie przeprosi. - Magnusie, daj już spokój. - Cichy do tej pory Alek zabrał głos. - Jesteś po jego stronie? Czyli co on może mnie bezkarnie obrażać, a ja się na to mam godzić. - Alec to prawda. Przepraszam Cię Magnusie, nie chciałem, żeby tak wyszło. To wszystko przez to, że Clary jest nieprzytomna. - Dobrze, dobrze. Masz szczęście, że byłem winny innemu Herondale'owi, bo by było krucho z tobą chłopcze. - Magnusie, dlaczego nigdy mi nic nie mówisz o mojej rodzinie. - Bo pewna osoba poprosiła mnie o to? - Któż taki? - Twoja prababcia. - Co? Ona mnie znała? - Nie, już dawno nas opuściła. - Ale dlaczego... - Nie dokończył Jace, bo Magnus trochę poirytowany już tą rozmową przerwał mu w połowie zdania. - Mam Ci wyciągnąć ten sztylet, czy wolisz umrzeć. Tylko bez żadnych pytań. - No dobrze, ale i tak kiedyś się dowiem. - Na pewno, ale nie ja Ci to wyjawię. - Wystarczy tych pogawędek. Magnusie działaj. - Jocelyn wstał od łóżka i wyszła z pokoju zostawiając Magnusa i Jace'a w towarzystwie samego Alec'a. Stało się tak, bo w trakcie burzliwej rozmowy między czarownikiem i Nocnym Łowcą, Isabel i Simon po cichu wyszli z pokoju. Luck natomiast szepnął coś ukochanej, po czym wstał i najzwyklej w świecie wyszedł. - Jace odpręż się i pomyśl o czymś miłym. - powiedział Magnus. Przez prawie pół godziny wyjmował ostrze sztyletu. Ten wyczyn znacznie osłabił jego siły. Jace natychmiast po wyciągnięciu śmiercionośnej broni poczuł ogarniającą go ciemność i słabość. Zasłabł, ale wyczuł, że parabratai rysuje mu na ramieniu uzdrawiające irtraze. Po chwili usłyszał zamykające się drzwi. W pokoju został on sam z Clary. Tak dawno nie mógł być tak blisko niej. Wtulając się w jej rude włosy zasnął. A śniły mu się dziwne sny. Rozdział 2 Witajcie. To znowu ja i moje beznadziejne opowiadanie. Mam nadzieję, że nie zaśniecie przy 2 Pierwszy dzień miłości nigdy nie wracaGodzina namiętności się nie poety dłoń,Odtajałe serce swej melodii roztacza woń. „While your lips are still red” Nightwish - Maryse? - Nocny Łowca lekko oprzytomniał po wypiciu pierwszej dawki leku. - Jestem tu Robercie. - Nie powinnaś mnie ratować. Powinienem wtedy umrzeć. - Co ty bredzisz? - Zdziwiła się Maryse. W gruncie rzeczy powinna go nienawidzić, ale jak można od tak sobie znienawidzić osobę którą się kocha? - Bylibyście bezpieczniejsi, gdybym był martwy. - Nadal majaczysz. Połóż się i odpocznij. - Ty naprawdę niczego nie rozumiesz. Ten faeri'e pragnął tylko mojej śmierci. Był wysłannikiem Damy Jasnego Dworu. - Och, ten jad naprawdę szybko postępuje. - Uwierz mi, to ja sprowadzam na was niebezpieczeństwo. Miałem wyjechać z jej rozkazu, żebyście byli bezpieczni. Wy wszyscy, przyjaciele, rodzina, znajomi. Błagam uwierz mi. - Chciałabym, ale po tym jak opowiadałeś o kucykach pony, czy czymś takim, to będzie trudne. Mówiłeś też, że Jace jest martwy. - Miałem wysoką temperaturę... Co jakie kucyki pony? - Clary opowiadała Ci kiedyś, że lubiła jako dziecko to oglądać. Ty mówiłeś o czymś takim i że istniały jednorożce. - Boże, jaki wstyd. Ktoś jeszcze to słyszał? - Tylko ja, Jace i brat Enoch. Ale nasz przybrany syn od razu stawił diagnozę. Powiedział, że po prostu się naćpałeś i tyle. - Naćpałem? - Tak, ale ja pobiegłam po cichego brata. Wiedziałam, że Jace też przeczuwał, że to jad. Sam powiedział, że należy do smoczego demona. - Nie wiedziałem, że z tego nieokiełznanego urwisa wyrośnie tak sprawny i mądry mężczyzna. - To dzięki Clary. Gdyby ona się nie pojawiła, na pewno wiele rzeczy nie miałoby miejsca. - Nie prawda. Wiele sytuacji nie istniałoby, ale czas na pewno objawiłby nam Sebastiana i Valentine'a. Wiele więcej Nocnych Łowców leżałoby w mieście kości, a może nawet wszyscy. - Może masz rację. Jestem trochę zmęczona. Nie będziesz miał nic przeciwko temu, bym chwilkę się zdrzemnęła? - Nie, ja zresztą też czuję, że zaraz zasnę. Do Robert uśmiechnął się do Maryse. - Do zobaczenia. - Kobieta odwzajemniła uśmiech i ruszyła w stronę łóżka. Pierwsza strzała przecięła powietrze i zatopiła się w klatkę piersiową, a dokładnie pierwszego faerii. Reszta szybko otrząsnęła się i ruszyła na rudowłosą Nocną łowczynię. Jeden z nich, prawdopodobnie generał wydał z siebie dziwny dźwięk i przemówił. - Czy nie mówiliście mi, że wszyscy śpią? - Panie, nie wiem dlaczego ta dziewczyna stoi tu teraz, a nie śpi wraz z rodziną. - Odpowiedział jakiś inny rycerz. Nie zdążył jednak zrobić następnego kroku, gdyż kolejna strzała trafiła go w sam środek czoła. Bezwładnie osunął się na ziemię. - Ta dziewczyna mnie denerwuje. Zabić ją. - Tym razem generał zdenerwował się. Clary zabiła jego pierworodnego syna. Zanim jednak zdążył kolejny raz coś powiedzieć, kolejny grot zatopił się w ciele kolejnego rycerza. Śmierć nastąpiła u niego tuż po ostatnim wydechu powietrza z płuc. Tym razem zamiast jakiegoś komentarzu Nocna Łowczyni usłyszała huk rogu wojennego. Wszystkie siły ruszyły w jej stronę. Pięć strzał kolejno trafiło w serca wojskowych Damy Jasnego Dworu. Kołczan stał się pusty. Clary szybko przewiesiła go przez ramię. Z pasa wyciągnęła miecz Morgensternów. Szybko wypowiedziała jego imię, po czym z szybkością pantery ruszyła na najbliższego ludka baśniowego ludu. - Zabić ją, zabić ją. - Każdy wypowiadał te słowa w tym samym czasie. Clary czuła, ze mają jakąś moc, ale nie wiedziała jaką. Z większą zaciekłością zaczęła zadawać ciosy. Trzeci żołnierz leżał martwy, ale jeszcze ponad dwadzieścia stało na nogach. Nocna Łowczyni cofnęła się na kilka metrów i zaczęła rzucać sztyletami. Kolejna piątka leżała martwa w kałużach własnej krwi. Niestety odległość między nią, a kolejnym wojskowym zmalała na tyle, że Clary nie zdołałaby wyciągnąć kolejnego sztyletu. Maryse nie mogła zasnąć. Nie potrafiła zamknąć oczu kiedy czuła, że on jest tak blisko. Dlaczego nie może przestać go kochać. Co jest takiego w nim, co nie pozwala jej zapomnieć. Ale co może być silniejsze od wolnej woli? Muszę zasnąć. Muszę poczuć się wolna. Muszę przestać myśleć. Zaraz, zaraz gdzie ja jestem? Co to za mury? - Kto tu jest? - Zapytałam spokojnie, chociaż w środku byłam jak z waty. - Nic Ci nie zrobię... - Kim jesteś? - Przyszłam Ci pomóc... - Ale w czym? - W zapomnieniu... - Zapomnieniu czego? - Wszystkiego, czego pragniesz zapomnieć... - Lucy. Odejdź nim się zezłoszczę. - Ha ha ha... Ty naprawdę sądzisz, że możesz mnie pokonać? Mylisz się. - I wtedy wyszła z cienia. Brunetka owita w biel. Jej długie włosy tworzyły rzekę loków. Sarze oczy sprawiają, że osoba w nie patrząca doznaje ukojenia swojej duszy. Usta przezroczyste jak diamenty sprawiały tym, którzy na nie patrzyli przeraźliwy ból. Jej łzy powodowały śmierć organizmu do którego się dostały. Krew była kompletnym ich zaprzeczeniem. Pozwalała uleczyć każdą chorobę i ranę, zniszczyć każdą truciznę, oraz przywrócić wszystko czego człowiek został pozbawiony w czasie swojego życia, lub czego nie miał od urodzenia co sprawiało, że był ułomny. Teraz ta paradoksalna istota stała przed Maryse. Nocna Łowczyni odwróciła wzrok i zapytała. - Czego ty ode mnie chcesz? - Chcę uśmierzyć twój ból i uciszyć targające Cię uczucia. - Wolę cierpieć, niż oddać swoje uczucia tobie. - Wy Nocni Łowcy i te wasze zasady. Nie chciałabyś zapomnieć? - Nie, nie ważne ile zadano mi bólu ja się nie ugnę. - Dlaczego tak mnie nienawidzisz? - I ty masz czelność jeszcze o to pytać? Poświęciłaś życie swych bliskich i własnoręcznie zabiłaś swojego ukochanego. Swoim dzieciom spuściłaś całą krążącą w ich żyłach krew. Swoją matkę rozczłonowałaś, a ojca obdarłaś ze skóry. Jesteś potworem. - To była nie wielka cena za życie nieśmiertelnej. Teraz odbieram ból wszystkich istot kilka razy mocniej niż swój. Chcę byś była szczęśliwa, przez co i ja przestanę cierpieć. - Przez cały ten czas nie nauczyłaś się niczego? - Nauczyłam się wiele więcej niż ty możesz pojąć. - Nie widać tego. Gdybyś była ode mnie mądrzejsza nie kazałabyś mi oddać swoich uczuć na swoją korzyść. Mówi się, że demony są bezduszne, ale każdy z nich jest lepszy niż ty. Wolałabym zostać katowana przez wszystkie demony wszechświata, niż spędzić resztę życia tak jak ty je widzisz. - Ty niewdzięcznico, jak śmiesz. Jak śmiesz... Jak śmiesz... - Głos wydawał się coraz odleglejszy, aż w końcu całkowicie zniknął. Zastąpił go inny, męski głos. Wołał ją po imieniu i potrząsał. Nocna Łowczyni lekko uchyliła powieki. Nie wiedziała czemu bolały ją oczy. Nad nią ostatkiem sił stał Robert. - Maryse... - Ledwo Nocny Łowca wypowiedział jej imię runą na marmurowa posadzkę. Kobieta nawet się nie zastanawiając zeszła z łóżka i już stała obok Roberta. - Zabić ją! - Generał znów zaczął krzyczeć. Kolejny faeri'e leżał z podciętym gardłem. Z małego oddziału został już tylko tuzin rycerzy. Nocna Łowczyni nie poddawała się. Choć władała jednym mieczem zabiła więcej niż jakikolwiek Nocny Łowca posiadający dwa serafickie ostrza. Clary miała swoją zaciętość, lecz zmęczenie i piekące rany powoli dawały o sobie znać. Runy powoli blakły, zostawiając po sobie tylko kolejne blizny. Jej kasztanowo-rude loki przylegały do jej ciała zabierając nadmiar potu, przez co stawały się coraz bardziej mokre i posklejane. Niewygodne buty powodowały tylko większe zmęczenie. Kolejny głębszy zamach i kolejne bezwładne ciało uderzyło o ziemię. Chwila wytchnienia i kolejna blokada ciosu. Nagle coś na kształt sztyletu przecięło powietrze i trafiło dziewczynę w lewe ramię. Po ciele jej ciele spływał teraz strumyk czerwonej substancji w smaku przypominający obrabianą miedź. Kolejny zablokowany cios i atak. Tym razem rana zadana w okolicach uda. Kolejna fala bólu przeszywająca jej ciało aż do szpiku kości. Teraz czas na jej odpowiedź. Natarcie i bezbłędne pchnięcie w serce. Kolejny huk po upadku. Runa uzdrawiająca zmniejszyła rany do wielkości ziarenek gorczycy. Moment na wyjęcie sztyletu i rzut. Kolejny mąż wyssany z duszy opadł jak ziarno rzucone w pole. On jednak nie ma tego zaszczytu by urodzić jakikolwiek plon. Kolejne obelgi i kolejne starcia. Liczba ran wzrasta i najwyraźniej nie ma zamiaru ustać. Kolejne dusze wędrują do piekielnej otchłani. Jeszcze tylko pół tuzina i Nocna Łowczyni zazna spoczynku. Misja na wykończeniu tak samo z jej siłami. Moc powoli opuszcza jej ciało. Kolejny rzut. Jeszcze tylko piątka i upragniony odpoczynek. Unik, blok i kilka skomplikowanych ruchów po to by uniknąć ostrza przeciwnika. Starcie broni, lecące iskry, niedowierzanie widziane w oczach kolejnego trupa. Łapczywe wdychanie powietrza by uspokoić bicie serca. Kolejna fala bólu i przemęczenia. Chwila słabości i potknięcie. Kolejna rana i kolejna stróżka jej krwi cieknąca po jej skórze. Mimowolne drgawki. Szybkie pchnięcie i kolejne ciało leżące u jej stóp. Została już tylko trójka. Kolejny sztylet i kolejna fala bólu. Prawe ramie odmawia jej posłuszeństwa. Zostało już tylko lewe. Rzut sztyletu i kolejne ciało powoli osuwa się na marmurową posadzkę. Został już tylko generał i jego pomagier. Clary musi zmusić się do powstania. Chwiejnym krokiem rusza na kolejnego zdrajcę. Rozdział 1 - Maryse, jak się czujesz? - Robert, co ty tu robisz? I co ja Ciebie w ogóle obchodzę? - Zapytała Nocna Łowczyni, która nadal nie przestała kochać swojego byłego już męża. - Nie denerwuj się. Teraz powinnaś odpoczywać. Wiem ile sprawiłem wam bólu, ale... - Nie, nie wiesz ile go spowodowałeś, a już na pewno nie będziesz umiał go naprawić. Wynoś się, wynoś rozumiesz. Nie wiesz co przeżyła Isabel. Alec próbował zachować zimną krew, ale też był w rozsypce. A teraz gdy wraca wszystko do normy pojawiasz się ty. Wynoś się zanim kogoś wezwę, żeby wyprosił Cię. Rozumiesz. - Dobrze, nie wiedziałem, że pałasz do mnie tak wielką nienawiścią. Żegnaj, już nie będę Cię nękał. Wyjeżdżam za kilka dni I chciałem tylko zobaczyć Cię ostatni raz. To tyle. Idę. - Naprawdę już nie będziesz mnie odwiedzał? Skoro podjąłeś taką decyzję to żegnaj. - Żegnaj. - Po tych słowach Robert wstał I udał się do wyjścia. Zanim jednak zdążył ujść więcej niż trzy metry w lewym boku poczuł ból tak siny, że zaparł mu dech w piersiach. Jedynym dźwiękiem, jaki udało mu się wydobyć z siebie, był zdławiony jęk. Spojrzał na lewą pierś, z której wystawał piękny,lecz zabójczy sztylet. Faerii, który nim rzucał zbliżył się do niego. W tym samym momencie do sali wszedł, niczego nie świadomy Jace. Ujrzawszy scenę odgrywającą się kilka metrów przed sobą rzucił się na uzbrojonego napastnika. Nie minęła minuta, gdy drapieżnik stał się ofiarą. Teraz faeri'e leżał pod naciskiem ciała Jace'a. - Ha, ha, ha. Ale wy wszyscy daliście złapać się w pułapkę. Jeden z naszych oddziałów na pewno zajął się tą twoją ślicznotką i jej bliskimi. Biedni, nieświadomi, pogrążeni we śnie. Czyż to nie okropne, ale my oddajemy pięknym za nadobne. - Jeśli stało się coś Clary to pożałujecie. - Żałosne Nocne stwory. Cóż wy możecie zdziałać z rażącą siłą Damy Jasnego Dworu? - Mamy ze sobą resztę ras. To ja się pytam co wy możecie zrobić, aby nam przeszkodzić? - Zabić waszą najsilniejszą broń. Clary będzie kolejnym trofeum w kolekcji. Jej kasztanowo-rude włosy będą idealnym dodatkiem do szalu. - Jesteś już martwy, ty niewyparzona gębo. - W powietrzy zabłysła tylko niebieska poświata. Na podłogę osunęło się martwe ciało. Nocny Łowca szybko podbiegł do Roberta. - Nic mi nie jest. Pomóż mi tylko wstać. - Tak jasne, a ja jestem aniołem Razjelem. - Proszę daj mi odejść. - Nie ma mowy. Ta twoja mina tylko mnie utwierdziła w tym, że powinieneś tu zostać. - Jace proszę, po jutrze wyjeżdżam z Idrisu i już więcej nikt mnie nie zobaczy. - Czy w tym sztylecie były jakieś narkotyki, bo gadasz jakbyś się naćpał. - Wiesz wszystko jest możliwe. - Maryse, słyszysz go? Na anioła, co się z tobą stało? - Ponownie zostałem kawalerem. I oberwałem jakimś nożykiem do krojenia masła, oraz widzę dwóch Jace'ów. - Hej, hej. Ja jestem tylko jeden. Dlaczego widzisz podwójnie?... Jad smoczego demona. Jasne. - Smoki wymarły dawno, dawno temu. Wtedy podobno powstały jednorożce. - O czym on bredzi? Maryse, wiesz coś o tym? - Nie, może zwariował. - O widzę wróżki. - Robercie popatrz na mnie. - Maryse, jak pięknie wyglądasz w tej sukni. - Ok. Ja się trochę zaczynam bać. Położę go na jakimś łóżku. - Ja za chwilę wrócę z jakimś cichym bratem. - Maryse wstała z łóżka. Nadal bolało ją całe ciało, ale w bardzo szybkim tempie znalazła się obok drzwi. - Proszę, tylko się pospiesz. - Mamo ja chcę lemoniadkę. - Robercie to ja, Jace. - Nie kocham Cię Michaelu. - J A C E H E R O N D A L E. - Stephanie uważaj, za tobą! Pomocy, on się wykrwawia! - Robercie ocknij się. - Jace, Jace nie umieraj. Błagam tylko nie ty. - Robercie uspokój się, ja żyję. - Mam dość, już wystarczy. Valentine proszę nie karz jej. Maryse przeze mnie to zrobiła. Nie chcę, żeby jeszcze bardziej cierpiała. - Maryse pospiesz się. - Tak za dwa dni wyjeżdżam. Rozumiesz, masz nie zrobić nikomu krzywdy. Ja swoją obietnicę dotrzymam, a czy ty dotrzymasz swojej? - Jest coraz zimniejszy. Ma gorączkę, ale jest strasznie zimny. - Nie rób im krzywdy, nie rób... - Nagle głos Roberta zamienił się w lekki szept. Żeby go usłyszeć Jace musiał pochylić się w stronę jego głowy. - … nic złego tym których kocham. - Wtedy właśnie do sali wbiegła zdyszana Maryse i brat Enoch. Szybkim, lecz pewnym krokiem oboje ruszyli w stronę Jace'a i Roberta. Chwilę później brat Enoch zamienił się miejscem z Jace'em i teraz to on pochylał się nad Robertem. „ Jest z nim źle. Jad szybko postępuje. Muszę zdobyć kilka specyficznych ziół i narysować dwie bardzo silne runy. Muszę jednak działać szybko. Musicie przy nim czuwać i podawać mu ten specyfik. Powinien obniżyć gorączkę.” - Podał im jakiś flakon. Znajdowała się w nim jakaś gęsta, ciemna ciecz. „ Podawajcie mu to co dwie godziny. Ja muszę iść po składniki. Wrócę za kilka dni.” - Maryse zajmiesz się nim. Ja przyjdę za godzinkę może dwie. - Nie musisz przychodzić. Dam sobie radę. I tak nie miałam ciekawszych rzeczy do roboty. - Na pewno sobie poradzę. Znudziło mi się ciągłe leżenie i rozmyślanie. Wbrew temu co mówią, ja nie umiem długo skoncentrować się na jednej myśli. No już leć. Pomóż Clary. - Na anioła zapomniałem. Trzymaj się mamo. - Pa, pa skarbie. - Magnusie, nie możesz biec szybciej? - Niestety, ja nie posiadam run szybkości. - Czy ty musisz tak marudzić. - Gdybyś mi ciągle czegoś nie mówił pewnie bym teraz coś wymyślił. Na pewno moglibyśmy użyć portalu... - Co? I ty dopiero teraz o tym mówisz? - Wiesz sam na to nie wpadłeś. - Dobra, dobra. Szybko. - Poczekaj muszę się skoncentrować. El mite noske libra mis tiel trin kosper nisten litiom eklod litsan. Jotu niker pastij himen koste pros. - Już? - Tak. Możemy przejść. - Co ty powiedziałeś? - To język czarowników i starożytnych druidów. Oni umieli posługiwać się magią, ale byli tylko śmiertelnikami. - Dobra dość wykładu, przechodzimy. - Przechodzimy. „I gdzie ja teraz znajdę jakiś otwarty portal?” Jace biegł przez pusty plac. Zdziwił się, bo przecież zawsze się ktoś tu poruszał. Wtedy obok niego przebiegła kobieta o jasnych włosach. Jace zaczął za nią biec i tak znalazł się przed otwartym portalem. Ukazywał on Walię. „Czyli teraz tam uderzyły.” On jednak nie chciał znaleźć się w Walii, lecz w Nowym Jorku. Przypomniał sobie jak Clary musiała dokładnie pomyśleć o miejscu do którego chciała się dostać. Wysilił wszystkie komórki swojego mózgu i wtedy tafla portalu zafalowała i ukazała piękną posiadłość Garrow'ów. Szybko wskoczył do niego i poczuł znajomą szybkość. Nim zdążył zmrużyć oczy był już na miejscu. Śnieżnobiała willa nosiła czerwone plamy krwi. Podszedł bliżej, a chwilę później obok niego stał Alec i Magnus. - Jace, a co ty tu robisz? - Zdziwił się Magnus. - Jak to co? Przybyłem na ratunek, ale widzę, że chyba jest już po sprawie. Nie ma kogo ratować. Nie mogę uwierzyć, że on miał rację. - On, czyli kto? - Alec'owi ułożenie tego pytania zajęło kilka sekund, ale opowieść Jace'a była o wiele dłuższa i bardziej skomplikowana. Po jej skończeniu jego parabratai ledwo trzymał się na nogach. - Czyli mój ojciec chciał wyjechać, ale jad demona mu w tym przeszkodził? - Tak z grubsza to tak. - To straszne. Nawet się z nami nie pożegnał. - Uznał, że tak będzie lepiej. A teraz powinniśmy tam wejść i zobaczyć, czy jednak ktoś przeżył. - Może masz rację Jace. Choć Magnusie, obowiązki wzywają. Rozdział 1 Halo, halo Jest tam kto? Bo nie słyszę żadnego dźwięku Samotny, samotny Naprawdę nie wiem gdzie jest świat Ale teraz za nim tęsknię - Jason Walker ,,Echo" - Halo, jest ktoś w domu? - Clary kolejny raz na swoje pytanie usłyszała tylko ciszę. Zmęczona i smutna poszła do swojej sypialni. Przez całą drogę czuła jakąś dziwną woń, której nie potrafiła rozpoznać. Pamięta, że już kiedyś się z nią zetknęła, ale nie wiedziała kiedy, jak i gdzie. Zanim jednak zdążyła się nad tym głębiej zastanowić stała przy drzwiach do swojego, małego królestwa. Bez wahania otwarła je. Jej oczom ukazał się, z pozoru, zwykły, romantyczny widok. Simon wtulony we włosy Isabel, która opiera się o jego ramię. Widać było, że śni im się coś cudownego. Clary nie chcąc ich obudzić pospiesznie wyszła ze swojego pokoju. Po cichu wyszła ze swojej sypialni i udała się do pokoju matki. Tam też zastała śpiącą parę, tym razem Luck'a i Jocelyn. Mama zasnęła przy swojej toaletce, a Luck spał jak zabity w ich wspólnym łożu. Dziewczyna mogła im się przyglądać bez końca, ale głód zmusił ją do podjęcia innej decyzji. Zeszła więc do kuchni i zaczęła szperać w lodówce. Po chwili zdała sobie sprawę, że zapach jest najintensywniejszy właśnie tu, w tym pomieszczeniu. Zaczęła rozglądać się wokoło i zobaczyła dziwne naczynie z jakąś cieczą. Właśnie jej opary były źródłem woni rozproszonej po całym domu. Teraz dopiero przypomniała sobie, że właśnie tą cieczą uśpiono wszystkich Nocnych Łowców podczas oblężenia Instytutu. To na pewno była sprawka faerii. To one potrafiły tworzyć tę ciecz i tylko one robiły podobne naczynia. Pytanie, które pojawiło się w głowie Clary nie dotyczyło, dlaczego to im podłożono środek usypiający, tylko dlaczego on nie działał na nią. Pamiętała, że przy oblężeniu tylko ona była przytomna, nawet Jace uległ uczuciowi jakie zesłał na niego sen. Czym ona wyróżniała się od innych. Ten specyfik nie powodował snu ani u faeri, ani u aniołów, ani u czarowników, ale Nocni łowcy, wilkołaki i wampiry szybko tracili siły i zasypiali. Dalsze przemyślenia Clary musiała zostawić na dalszy termin, ponieważ usłyszała odgłos otwierania oraz zamykania drzwi frontowych. Strach pojawił się natychmiast. Dziewczyna nie była ani uzbrojona, ani mentalnie przygotowana na jakąkolwiek walkę. Wtedy przypomniała sobie runę, która ukazała jej się pół roku temu. Oznaczała wtopienie się w otoczenie, ale nigdy wcześniej jej nie wypróbowała. To była ostatnia jej szansa, jeśli runa nie zadziała Clary będzie już martwa. Głosy zbliżały się do kuchni w niemiłosiernym tempie. Clary coraz bardziej się bała. - Jak myślisz wszyscy śpią? - Żaden Nocny łowca nie oprze się temu specyfikowi. Żył kiedyś ród, ale niestety wymarł. Pierwszy urodził się mężczyzna, ale jak wiadomo przy jego porodzie ktoś porwał pierworodnego, a następnego dnia znaleziono zmasakrowane ciało noworodka płci męskiej. Późniejszymi dziećmi były same dziewczynki. One też nie przeżyły więcej niż kilka dni. Zawsze znajdowano martwe dziecko. Załamani rodzice popełnili samobójstwo po trzecim takim incydencie. Dobrze, teraz wezwiemy posiłki. Ktoś przecież musi pomóc nam w zabraniu tych śpiochów. A, przecież mieliśmy zabrać to stąd. No już pośpiesz się. - I po chwili zagrożenie minęło. Może nie do końca, ale minęło. Clary nie wiedziała co sądzić o tym co usłyszała. Może była jakąś następczynią po tym porwanym chłopcu. Jej mama nie wykazywała tego daru, więc Clary podejrzewała, że ma go po ojcu. Wiedziała także, że jej brat też musiał posiadać ten dar. Dziewczyna usłyszała, jak dwójka faerii wychodzi. Natychmiast pobiegła do swojego pokoju po serafickie ostrze. Tak jak podejrzewała faeri'e zabrały wszystkim domownikom broń. Clary miała jednak ukrytą skrytkę. Nikt prócz niej i Jace'a nie miał o niej żadnego pojęcia. To właśnie w niej gromadzili swoją broń. Wiedzieli, że może kiedyś zajść podobna sytuacja jak teraz, więc woleli być przygotowani. Dziewczyna szybko otwarła szafę i narysowała runę otwierającą. Szybko przypięła do swojego pasa miecz Morgenstern'ów. Zabrała ze sobą również komplet sztyletów, które dostała o Jace'a. Wiedział jak jego dziewczyna dobrze nimi potrafi rzucać do celu. Nałożyła na ramiona łuk i kołczan pełen strzał. Tej sztuki walki uczył jej Alec wraz z Simonem poświęcając na jej treningi kilka godzin dziennie dwa razy w tygodniu. Tak wyposażona nałożyła na siebie jeszcze kilka run i zbiegła do salonu. Miała jeszcze trochę czasu, więc narysowała w powietrzu runę przyzywającą wszystkich Nocnych Łowców i tych, którzy z nimi współpracowali, aby pomogli w walce. Clary właśnie skończyła ją rysować, gdy drzwi z ogromną siłą zostały wyważone z nawiasów. ,,No to zaczyna się zabawa, jak to mawia mój nieobecny chłopak" i po tych słowach pierwszy z faerii przekroczył próg jej domu. - Magnusie, dlaczego nie pamiętam zdarzeń ostatnich godzin? - Zapytał lekko poirytowany Alec. - Tłumaczyłem Ci, żebyś nie ruszał moich rzeczy, bo to się źle skończy, ale ty jak zwykle musiałeś spróbować i stałeś się czarnym jak noc chomikiem o pięknych niebieskich oczach. - Co?! Ja chomikiem?! Przecież to takie upokarzające, gdy Jace i Isabel się dowiedzą, to nie będę miał życia. - Alec'u Lightwood'zie, przyrzekam Ci, że nikt się nie dowie o tej sprawie. - Mój naiwny Magnusie, pamiętaj ja i Jace jesteśmy parabratai. Łączy nas więź, on na pewno wyczuł, że coś jest nie tak. - Na pewno to teraz myśli o Clary. Nie przejmuj się. - Mam nadzieję, a tak na przyszłość mam taką prośbę. Mógłbyś nie zostawiać zaczarowanych rzeczy w salonie? Nie chciałbym kolejny raz stać się jakimś gryzoniem. - To będzie trudne. Zrobiłem to, żeby nikt mnie nie okradł. - To ja Ciebie zaraz okradnę z uczuć. Chcesz bym sobie poszedł i już nigdy nie wrócił? - Nie zrobisz tego. A jeśli spróbujesz, to za kilka dni będziesz stał nad moim grobem. - Magnusie, co ty kombinujesz? - Nic, tylko uprzejmie Cię informuję co może się stać. Przecież wcale nie muszę popełniać samobójstwa, wystarczy tylko, że wyczerpie swoje siły. - Szantażujesz mnie? - Jak bym śmiał. - Nabijasz się ze mnie? Dobrze przegiąłeś. Wychodzę i nie wiem kiedy wrócę. - Alec wstał z kanapy I powędrował w stronę drzwi. - A ja Ci mówię, że nigdzie nie pójdziesz. No chyba, że zemną – Magnus tak ściszył głos, że tylko on siebie słyszał. Zręcznie wstał z kanapy i ruszył w stronę Nocnego Łowcy. Ten zanim się zorientował znajdował się w obręczy ramion czarownika. Chwilę później poczuł nacisk jego ust na swoich. Magnus jak zwykle smakował brokatem oraz błyszczykiem. Szatyn odwzajemnił pocałunek. Teraz stali tak przed drzwiami wyjściowymi. Powoli oderwali się od siebie, ale utrzymywali kontrakt wzrokowy. -Czy pójdziesz ze mną na osiemnastkę Clary? - Zaproponował Magnus, ubiegając myślami Alec'a. - Pomyślmy, zliczając plusy i minusy wychodzi, że raczej powinniśmy się tam pokazać. - Wyjąłeś mi to z ust, a teraz... - Czarownik nie dokończył zdania, gdyż przerwała mu silna fala energii. Nie było to coś normalnego, lecz z przerażeniem stwierdził, że to wołanie o pomoc. - Clary! - Oby dwoje jednocześnie wykrzyczeli to imię. W pośpiechu wybiegli z mieszkania. Mieli bardzo złe przeczucie. W tej chwili mieli przed oczami same najgorsze scenariusze wydarzeń, które zmusiły dziewczynę do wysłania wiadomości. Prolog - Alec'u ile razy powtarzałem, żebyś nie dotykał moich rzeczy. I co ja mam teraz robić z chomikiem, wiem, wiem bardzo słodkim, ale chomikiem. Wiesz ile kosztowała siły moja pomoc wobec Jace'a, o którą zresztą mnie poprosiłeś. Ale to nic, prawda? No choć już, nie bój się. Nic Ci nie zrobię, w przeciwieństwie do prezesa Miau. Ostatnio bardzo nie przepada za nowymi współlokatorami. Nie chcesz wyjść, dobrze zmyję makijaż. - Te słowa ostatecznie zmusiły Alec'a do wyjścia z kryjówki. Ostatnim razem, gdy „zmył” niebiesko-zielony makijaż wyglądał jak poobijane zombie. - I co tak straszna jest moja dłoń. Jest czysta, wydepilowana i woskowana. Lepszych warunków nie posiada żaden chomik jakiego znam. Powinieneś się cieszyć. A może chcesz iść na spacer? Głupie pytanie ty na pewno chcesz iść na spacer. Nie mam niestety smyczy tego rozmiaru. Najwyżej po drodze wpadniemy do sklepu zoologicznego. Dobra, dobra, tylko żartowałem. No to co, idziemy. Muszę jeszcze... - Magnus nie skończył, bo do drzwi jego mieszkania ktoś zapukał. Otworzył drzwi i ujrzał drobną, rudowłosą. - Clary? - Nie Jocelyn. No pewnie, że ja. Mogę wejść? - Proszę. Co Cię do mnie sprowadza? - Zastałam może Alec'a? - Niestety jest zajęty. - A wiesz może kiedy nie będzie zajęty? - Może jutro, a może za kilka dni. Nie wiem. - Och. A tak przy okazji, będę miała rodzeństwo. - To wspaniale. Nie cieszysz się? - Oczywiście, że tak. Zawsze chciałam mieć młodsze rodzeństwo. - Wiesz po tonie twojego głosu wynika co innego. - Nie, to przez obawy mojej matki. - Ona się nie cieszy? - Jest bardzo szczęśliwa, ale obawia się, że zwolennicy Valentine'a i Sebastiana porwą je oraz wyszkolą na nowego dowódce. - Nie maci się czym przejmować, tylko takimi błahostkami? - Magnusie to nie są błahostki, tak samo jak umierająca Maryse. - Po pierwsze wiesz, że zawsze masz ze sobą przyjaciół u wszystkich ras tego świata, którzy nie dopuszczą do czegoś podobnego, a po drugie Maryse nie umiera, tylko straciła dużo krwi po kolejnym powstaniu faerii, ale jest już widoczna poprawa. - Przed kilkoma minutami Isabel mówiła zupełnie co innego. - Wiesz jak działa ognista poczta, prawda? Zanim adresat dostanie swój list wszystko może się wydarzyć. Zarówno dobrego jak i złego. - Szczerze, to spadł mi ogromny głaz z serca. Bałam się, że kolejny świetny Nocny Łowca umiera przed czekającą nas wojną. - Poczekaj, czy ja o czymś nie wiem? Jaka znowu wojna? - Musisz wiedzieć? - Tak muszę. Będę pewny czy wezwać Tessę, czy nie. - Od kilku dni śni mi się jeden taki sam sen. Każdej nocy pojawiają się nowe szczegóły. Jestem w jakimś ciemnym pomieszczeniu, którego mroku moje magiczne światło nie potrafi rozproszyć. Nie boje się jednak, ponieważ jakiś głos woła ciągle moje imię. Nigdy w życiu nie słyszałam go, ale wiedziałam, że jest to bliska mi osoba, która nie pragnie mojej śmierci. Po chwili ten sam głos wypowiada zdanie, które nie wiem czemu urywa. Brzmi ono jakoś tak „Siostro, musisz ratować siebie i jego przed tym co ma się stać, ale pamiętaj jego śmierć oznacza koniec wszelkich nadziei, a i jeszcze pamiętaj jedno ratuj tego co przeznaczenie nie jest jeszcze nikomu znane, ponieważ...” . Później inny, zły głos mówi coś co mnie nadal zastanawia. „Podobno nadzieja umiera ostatnia, ale w tym przypadku umrze jeszcze zanim się narodzi.” Te słowa mówi Dama Jasnego Dworu, po czym się śmieje. Próbuję uciec, ale potykam się o coś i dopiero wtedy rozumiem gdzie jestem. Stoję na polu bitwy, ale po jej zakończeniu. Widzę setki, a nawet tysiące trupów. Potknęłam się o własne ciało. Ja byłam martwa, a przy mnie leżał Jace i rodzice. I znów ten bliski mi głos pojawia się i mówi mi, że wcale to nie musi się stać. Mówi też, że nasza czwórka da radę temu zapobiec, ale muszę ratować, tych których kocham. Wiem, że to jeszcze nie koniec snu, ale się budzę. Jakaś siła odciąga mnie stamtąd, a ja budzę się we własnej sypialni. - Po skończeniu opowiadania snu między dwójką przyjaciół, przez jakiś czas trwała hipnotyzująca cisza. W końcu Magnus ją przerwał. - Sprawy są bardziej skomplikowane, niż sądziłem. - Rozumiesz mój sen? - Nie rozumiem znaczenia słów tej tajemniczej postaci, ale mogę snuć kilka hipotez. Znasz ją, ale nigdy w życiu jej nie widziałaś, ani słyszałaś. To może oznaczać tylko więzy krwi. Może to być twoja siostra, lub brat spłodzony przez twojego ojca. - Mój ojciec nie był z inną kobietą, tak powiedział mojej matce. - Czyli wersja numer dwa. Po powstaniu Valentine został ranny. Jego krew zebrała jakaś kobieta, która skrycie go kochała. Wiem to od Luck'a. A wracając. Kilka miesięcy później urodziła jej się córka, chyba Katherine. Nie zdziwiłbym się, gdyby ta kobieta wypiła krew Valentine'a, przez co macie podobne więzy krwi. Morgenstern'owie i Herondale'owie posiadali zdolność do wyczuwania podobnych więzów. Dlatego nigdy ty i Jace nie wierzyliście, że byliście rodzeństwem. Mówiłaś jednak, że gdy pocałowałaś Sebastiana wiedziałaś, że to jest złe i zakazane. - Sugerujesz, że ja i Katherine jesteśmy siostrami? - Nie dokładnie biologicznymi, ale tak. - Dobra to ja, Jace i Katherine mamy zażegnać wojnę tak. Ale kto jest tym czwartym? - Tego nie wiem. Ale przysięgam jak tu stoję, że nie będę Magnusem Bane'em, jeśli tego nie rozwiążę. - Dzięki za pomoc. Muszę lecieć. Isabel musi dowiedzieć się najnowszych wiadomości. - Do widzenia mój pączusiu. - Jace? - Tak Maryse. To ja. Lepiej się czujesz? - Oprócz tego, że pęka mi głowa, boli mnie całe ciało i mam sucho w gardle to nawet dobrze. - Na dwie pierwsze skargi dużo nie mogę poradzić, ale na tą trzecią mam sposób. Proszę, mam tylko wodę, ale na pewno zadusi pragnienie. - Och jesteś kochany. - Maryse wyciągnęła dłoń po szklankę, którą po chwili opróżniła. Podała puste naczynie chłopakowi. Ten szybko odłożył je na jedną ze szpitalnych szafek. - A tak w ogóle co ty tu robisz? - Mam kilka załatwień. - Nie wgłębiam się, ale to trochę dziwne. - Co jest dziwnego w załatwianiu spraw? - To, że zostawiłeś Clary. - A skąd wiesz, że nie wziąłem jej ze sobą. - Bo by teraz tu stała, a ty byś nie wyglądał na jakiegoś nie obecnego. - To aż tak widać? - Masz różowe poliki i nie obecny wzrok. Tak, to bardzo widać. - Nie ma mnie przy niej w jej urodziny. - To co ty tu jeszcze robisz? - Szykuję prezent i załatwiam pewne sprawy. - Widzę, że własnej, przybranej matce tego nie powiesz. Nie męczę Cię już dłużej. Chcę się przespać. Do widzenia synku. - Dobrych snów mamo. - Jace powoli wstał z krzesła i wyszedł ze szpitala. Poszedł do żelaznych sióstr po nowe ostrza i nie tylko. Gdy już załatwił sprawy z siostrami zostało już tylko czekać. Major Character Death. The greatest Shadowhunter of his generation is what they say about the legendary Jace Wayland. But, what you don't know, is that they also say the same about his twin sister, Serena. For Serena is many things. She is the Clave Envoy to Downworlders. She is the parabatai to Isabelle Lightwood. Godzina jest po prostu świetna na publikacje, ale nie wiem, czy jutro siądę do laptopa więc oto pierwsza część pierwszego rozdziału księgo drugiej. Liczę na was i na wasze komentarze. Mam nadzieje że pojawi się ich tu trochę... Rozdział 1 Aniele... " Znajdź światło w pięknym morzu. Wybrałam bycie szczęśliwą. Ty i ja, ty i ja jesteśmy jak diamenty na niebie. Jesteś spadającą gwiazdą, którą widzę, wizją szczęścia. Gdy mnie chwytasz, ożywam. Jesteśmy jak diamenty na niebie." Rihanna "Diamonds " Jace wszedł do sypialni z tacą ze śniadaniem. Popatrzył na łóżko. Clary spała obok innego, ale jemu to nie przeszkadzało. Tym innym był sześciotygodniowy Will. Ich malutki synek spał koło piersi matki trzymając kosmyk jej włosów. Jego blond włoski były urocze. Clary otulała go ramieniem. Westchnął. Postawił tacę na stoliku. Nachylił się i zaczął śledzić linię jej ramienia całusami. Usłyszał cichy jęk żony. Delikatnie się poruszyła. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się widząc męża. Spojrzała na synka. Spał, jak aniołek na poduszeczce. Pogładziła go po buzi i pocałowała. Wzięła go na ręce i delikatnie położyła nieco dalej. Sama również się posunęła, tak, by Jace usiadł koło niej. Jej mąż jej nie zawiódł. Ze stolika zabrał tace ze śniadaniem i położył ją na kolana, podczas gdy Clary położyła Willa obok siebie. - Śpi, jak aniołek. Jocelyn zastanawiała się czemu już teraz przesypia prawie całą noc nie licząc dwa - trzy razy kiedy trzeba go nakarmić. - powiedział i podał żonie naleśniki na śniadanie z owocami i bitą śmietaną. - No widzisz ? Jest aniołkiem. - zaczęła jeść - Jak widać ciąża ma wiele plusów. - mruknął podając jej szklankę świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego. - Mamy dziecko, ty w końcu mogłaś odpocząć i ja też no ,i nie da się nie zauważyć, że urosły ci cycki. - Clary szturchnęła go - Jesteś niemożliwy. - mruknęła i spojrzała na Willa, który obudził się z płaczem Blondyn wziął od niej talerz z naleśnikami. Od razu przytuliła dziecko i uśmiechnęła się. Will przestał płakać i patrzył na matkę. Rudowłosa odsłoniła pierś i zaczęła karmić małego Herondale'a. Jego ojciec bacznie patrzył na nią i uśmiechał się pod nosem. - Piękny widok. - skomentował, gdy Clary spojrzała na niego - Dziecko. - rzuciła - Nasze kochane maleństwo w twoich ramionach to piękny widok. Słodki widoczek. - Nie słodź. - zaśmiała się - Trudno mi tego nie robić was widząc. - wyciągnął ręce w jej stronę - Daj mi synka, a sama odpocznij. Clary oddała mu dziecko. Poszła pod prysznic, ale wcześniej przypomniała o obowiązku przewinięcia syna. Jace słysząc to uśmiechnął się i przerzucił spojrzenie na potomka. - Damy sobie radę, co nie synku ? - zapytał niemowlę i je pocałował w czoło - Jakby co to wołaj. Usłyszał po chwili wodę z prysznica. Wstał i położył synka na małym przewijaku w kącie. Nawet sprawie załatwił dość nieprzyjemną sprawę i ułożył synka do kołyski. Uruchomił karuzelę, która dostali od wampirów i zaczął go usypiać. Po chwili Will smacznie spał. Położył się i czekał na żonę. Minęło kilka minut i wyszła. Miała wilgotne loki. Przebrała się w leginsy, bluzkę koloru szmaragdu i ciemno zielony sweter. Na stopach miała wygodne trampki. - Śpi. Misja wypełniona. - powiedział wskazując kołyskę - To dobrze. - mruknęła i spojrzała znacząco na męża - To może godzinka na sali treningowej ? Muszę wrócić do formy. - Oczywiście. - szepnął jej do ucha i poszli trenować styczeń 2013 Jace trzymał sześciomiesięcznego synka na rękach podczas gdy Clary zakładała kozaki. Ponieważ była łagodna zima postanowiła iść z synkiem na spacerek, a Jace nie potrafił jej odmówić. Sam sądził, że świeże powietrze dobrze zrobi ruchliwemu potomkowi, który właśnie zajmował się guzikami nowej, granatowej kurteczki. - Nie wzięłam swojego szalika. Zaraz wrócę. - powiedziała i poszła do pokoju Gdy zrobiła kilka kroków w korytarzu rozległ się krzyk. - Mami ! - wrzasnął malutki blondynek - Mama ! Clary zastygła w bezruchu. Jace patrzył na syna. Powiedział swoje pierwsze słowo. Powiedział poprawnie "mama". Rudowłosa odwróciła się i podeszła do niego. - Co ? - wykrztusiła wyciągając ręce do niego - Mama. - powtórzył ze łzami w oczach i wyciągniętymi w jej stronę rączkami. Wzięła go na ręce i przytuliła. - Czy ja dobrze słyszałem ? - zapytał dalej zaszokowany Jace - Czy on powiedział mama ? - Mój kochany synek. - rzuciła Clary tuląc synka, gdy w korytarzu pojawiła się ciężarna Izzy - Will tak wrzasnął ? - spytała mierząc wzrokiem malucha - Tak. - powiedziała Łowczyni całując synka - Powiedział po raz pierwszy "mama". Nie mami, mama. - Jakież to urocze. - westchnęła szatynka - Za osiem miesięcy ty tak będziesz się wzruszać, gdy twoje dziecko się pokaże światu. - rzucił Jace - Szkoda tylko, że ze mną nie chce zostać. - Ta - ta. - przesylabował Will i roześmiał się, gdy Herondale spojrzał na niego - Tata. - powtórzył Blondyn pocałował błękitnookiego potomka i uśmiechnął się. Widać było jak bardzo w tej chwili był dumny. - Chyba Will dziś nas będzie zaskakiwać. - podsumowała Izzy idąc do pokoju - Chodź do taty Will. - maluszek z lekką niechęcią puścił matkę i pozwolił otulić się objęciami ojca - Mama zaraz przyjdzie. Idzie po szalik. Clary szybkim krokiem poszła po szalik. Gdy przyszła jej synek z zaciekawieniem głaskał Perłę, która nie zmieniła się ani odrobinkę przez ostatnie lata - dalej była szczenięciem białego lisa o niesamowicie błękitnych oczach. Gdy podniosła głowę, aby spojrzeć na rudowłosą maluch zabrał rączki i z nową dozą ciekawości przyglądał się jej. - Oj Will. - rzuciła Łowczyni Jej mąż położył czteromiesięcznego Herondale'a do wózka. Żeby usiedział w nim dał mu lisiczkę do towarzystwa. Zwierzątko ułożyło się przy jego boku pod kocem, tak że widoczna była tylko głowa. Will był wielce z tego zachwycony i patrzył na nią jak zaczarowany. - Doprawdy mamy udanego synka. - Jace wziął od Clary szalik i założył jej go całując w szyję - Pewnie ma to po ojcu. - mruknęła Clary i cmoknęła go - Jestem innego zdania kochanie. - szepnął - Chodź. Mamy jeszcze iść na akupy. - Akupy ? - zaśmiała się idąc do windy i pchając wózek - Akupy. - potwierdził i roześmiali się marzec 2013 biegał po pokoju za Perłą. Jace włączył kamerę i postawił ją na stojaku, który magicznie się poruszał i filmował, jak najlepszy filmowiec. Will siedział przy Clary i Jocelyn, które rozmawiały na temat tygodniowego wyjazdu rodziców malca. Jace usiadł koło żony. - A tak właściwie, gdzie jest Luke ? - zapytał blondyn - W księgarni. Dziś pracuje nieco dłużej. Pokazuje wilkołakowi ze stada Mai co robić. Ma mu pomagać. - Radził sobie świetnie sam w księgarni. - rzucił mąż jej córki - Czyżby sił mu zaczęło brakować ? - Nie o to chodzi. - starsza Łowczyni machnęła ręką - Po prostu... rośnie. Luke jest z nim szczególnie związany. On jest silniejszy niż normalny Nefilim w jego wieku. To nie jest problem, ale on chce by rósł ze świadomością tej cechy. Potem będzie mu łatwiej - Richard jest jeszcze bardzo mały. Nie wiem, czy aby nie za mały jak na taką wiedzę. - zauważyła Clary - My nie chcemy mu jeszcze tłumaczyć dlaczego tak jest. Luke chce go powoli uświadamiać. - Clary. - szepnął Jace i szturchnął ją w ramię. Spojrzała na niego pytająco. Wskazał jej gdzie ma patrzeć. Gdy tam popatrzyła zobaczyła jak mały Will próbował wstać i chodzić jak wujek Clary zawsze czuła się dziwnie, gdy tak o nim myślała. Był tylko 15 miesięcy starszy od Willa. Lecz teraz to nie był czas na rozważania o tym. Teraz najważniejsze było to, że jej mały synek próbował chodzić. Złapała go za rączki i pomogła stawiać pierwsze kroki. Jace za to nie potrafił uwierzyć swoim oczom. Jego synek stawiał pierwsze kroki. Jeden, drugi kroczek. Wstał. Podszedł do nich i przykucnął przed nimi. Rudowłosa uśmiechała się patrząc na maluszka. Szedł do ojca z uśmiechem na twarzy i śmiechem. Puściła go krok przed nim. Zrobił to ! Sam zrobił krok i wpadł w ramiona dumnego ojca. - Tatus. - powiedział śmiejąc się i klaszcząc - Mój mały synek. - Jace uniósł go i zaczął smyrać nosem po brzuszku Will śmiał się. To samo Jace, Clary Jocelyn i nawet mały 27 czerwiec 2013 Clary pożegnała synka i weszła z mężem w Bramę. Stanęła przed rezydencją Herondale'ów. Jace postawił na ziemi bagaże i objął ją ramieniem. Uśmiechnęła się. Był taki piękny dzień w Idrisie. Ptaki śpiewały, a słońce świeciło. - Czas zacząć urlop. - powiedział blondyn i poszli do rezydencji - Hmm... - mruknęła si wtuliła się w jego ramię - To będzie dziwne. Już się zżyłam z obecnością Will, tak bardzo, że zaczynam się o niego martwić. - Spokojnie. Jest z dziadkami i pokaźnym zastępem opiekunów. - uspokoił ją i uśmiechnął się zadziornie - Co oznacza, że możemy się zabawić. - Mamy dziecko, a ty dalej o tym myślisz. - zauważyła i spojrzała na niego - Jestem ledwie po dwudziestce, a obok mnie stoi żywy ogień, który rozpala mnie jak nie wiem, nawet po ciąży. - musnął wargą jej szyję - W końcu przecież jesteś równie piękna jak przed nią, a nawet piękniejsza. Wypiękniałaś. - Więc może rozpalimy ogień ? - zapytała z uśmiechem - Weź bagaże. - szepnął, a gdy to zrobiła podniósł ją i trzymał jak pannę młodą. Roześmiał się. - To będzie wspaniała druga rocznica ślubu. Gdy weszli do pokoju, rzucili w kąt bagaże. Jace od razu zsunął z żony jeansową koszulę, którą sobie narzuciła na delikatną bluzkę koloru brzoskwiniowego. Clary przewróciła się na łóżko. Jace opadł na nią. Podtrzymał się łokciami aby jej nie przygnieść i zaczął ją całować. Od dawna nie mogli sobie na tyle pozwolić i korzystali z tego, że teraz mogli to nadrobić. Zwłaszcza, że była ich rocznica ślubu. Rozpięła guziki jego koszuli. Zaśmiał się i szybko zdjął jej bluzkę. Zobaczył jej biały stanik. Uśmiechnął się, gdyż to był ten sam, który miała na ślubie. Wyglądała w nim zarazem uroczo i seksownie. Przeczesał jej włosy palcami. Usiadł i posadził żonę na swoich kolanach. Zaczął całować ją po szyi. Dłońmi badał brzuch i plecy, aż dotarł do paska jej spodni. Rozpiął rozporek i wyciągnął pasek. Cały czas całował ją po linii szczęki. - Jesteś bardzo chętny, co ? - mruknęła i cichuteńko jęknęła gdy przejechał dłonią po jej tyłku zdejmując spodnie - Wyczekałem się trochę, więc tak. - odpowiedział i położył ją Zaczęła zdejmować mu spodnie. Po chwili obydwoje byli tylko w bieliźnie. Jace pierwszy zaczął ją zdejmować z żony odpinając stanik. Dłonią przesunął po jej nagim biuście. Clary otarła się o niego z rozkoszy. Zaczął zdejmować z niej ostatnią część ubrania, gdy poczuł jak zsuwała z niego bokserki. - Moja kochana, sprytna, seksowna żona. - mruknął gdy ich bielizna wylądowała na ziemi - Tylko twoja. - mruknęła Powoli wszedł w nią całując ją cały czas. Jęknęli w swoje usta. Rozpoczęli tydzień, który mieli spędzić tylko we dwójkę miło spędzając drugą rocznice ślubu. 19 lipiec 2013 Will skakał po salonie Magnusa w którym odbywały się jego pierwsze urodziny. Czarownik sam zaproponował by impreza odbywała się u niego. Nie było to huczne przyjęcie jakie zwykle wyprawiał. Wszędzie były balony w kształcie zwierzątek. Na stoliku był tort waniliowy w kształcie zabawnej głowy lwa. Wokół stały prezenty. W pokoju obok, który dzięki magii Magnusa był dźwiękoszczelny, smacznie spał Max. Na kanapie siedział Jem, Tessa i Will, jej mąż. Na fotelu siedział Jace, a na jego kolanach siedziała Clary. Jocelyn i Luke patrzyli jak bawi się z siostrzeńcem. Simon i Izzy siedzieli na krzesłach i patrzyli jak dzieci bawią się. Panowie domu za to podali na stół napoje, przekąski i słodycze. - Will chodź. Otwórz prezenty. - powiedział William ( Will z DM, jakby ktoś się nie zorientował), podając mu ozdobione pudełko - Dobrze wuju. - usiadł na kolanach ojcu chrzestnemu i z ciekawością otworzył prezent Wyjął z pudełka pierścień. Był to stary, lecz zadbany sygnet Herondale'ów. Mały Will patrzył na niego z zaciekawieniem. - Co to ? - zapytał - To nasz sygnet rodowy. Ten należał do mojego ojca. Chce ci go podarować. Wiele dla mnie znaczył młodziku. - powiedział i wyjął łańcuszek. Założył na niego pierścień i zapiął mu na szyję. - Dziękuję wuju. - powiedział i patrzył na pierścień - Nie zdejmę go nigdy. - powiedział i znów zaczął przyglądać się prezentowi - Will, proszę. To ode mnie. - Tessa podała mu większe pudełko. Blondynek spojrzał na pudełko i powoli je otworzył. Wyciągnął z niego koc. Wyszyty był na nim walijski smok. - Koc ze smokiem ! - krzyknął i wtulił twarz w koc - Ale mietki. - powiedział i spojrzał na matkę chrzestną - Dziękuje. - Nie ma za co. Wiesz co to jest ? - wskazała na smoka - To smok z Walii. Twój wuj William z niej pochodzi. To dlatego. Żeby jeden Will pamiętał o drugim. - A gdzie jest Walia ? - zapytał potrząsając głową - W Europie, daleko, daleko stąd. - odpowiedział szatyn. Tessa zauważyła, że gdy tak siedzieli, byli do siebie podobni. Ich oczy miały taki sam piękny chabrowo - niebieski kolor. Ich włosy miały jednak różny kolor - jej Willa były ciemne, a jej chrześniaka jasne, jak u Jace'a. - A teraz otwórz ten. Jest ode mnie. - Jem podał mu niebieskie pudełko Solenizant zobaczył w nim z niego z szerokim uśmiechem ozdobną imitację Miecza Anioła. Była wiernie zrobiona. William wyciągnął ją zamiast chrześniaka gdyż była bardzo ciężka. Jace spojrzał na miecz. - No Will, piękne prezenty dostajesz. - powiedział jego ojciec - A co od was dostanę ? - zapytał nagle - No cóż. Ja mam dla ciebie to. - Clary wskazała żółte pudełko. Will zabrał się za otwieranie jego. Wyciągnął z niego pluszaka w kształcie lwa z puszystą grzywą. Z zaciekawieniem oglądał zabawkę i uśmiechał się. - Piekny. - powiedział i zaczął oglądać pluszaka od nowa - Kiedy pierwszy raz zobaczyłam twojego tatusia porównałam go do lwa. Pomyślałam, że pluszowy lew będzie dla ciebie fajnym prezentem. Oprócz tego w tym czarnym pudełku jest stela. Nie używaj jej jak na razie. Postaw w pokoju, a jak podrośniesz nauczę cię nią obchodzić, dobrze ? - Dobrze. A lew jest fajny. - potwierdził jej syn - A od ciebie tato ? - No cóż nie spakowałem prezentu, ale go mam. - wstał i wyciągnął coś za pasa. Było to serafickie ostrze. Will'owi zaświeciły się oczy, jednak dalej tulił do siebie pluszaka. - To prawdziwy seraficki miecz Will. Jeden z moich pierwszych jakie dostałem od dziadka Roberta. Patrz. - szepnął cicho jego imię i pojawiło się ostrze. Jego syn patrzył na miecz, który był mniej więcej tak duży jak on. - Jak podrośniesz nauczę cię nim władać i powiem ci jego imię. Teraz jednak niech leży w pokoju u ciebie na półce jak stela od mamy, dobrze ? Will pokiwał tylko głową kiedy ostrze schowało się. Jace dał mu zabezpieczoną broń do ręki. Jego syn był zafascynowany bronią po czym zaczął oglądać stelę. Cały czas trzymał koło siebie pluszowego lwa. Potem dalej otwierał prezenty i bawił się z sierpień 2013 Izzy właśnie ukołysała swojego pierworodnego do snu. Jej synek miał delikatne czarne włoski i kawowe oczy po ojcu. Był drobny ale miał ledwie trzy tygodnie. Urodził się w pierwszym tygodniu sierpnia dokładnie tak, jak mówiła Alice. Nadała mu razem z Simonem imię po jej młodszym bracie, Maksie. Max Aleksander Lightwood. Właśnie zasnął, gdy do pokoju wszedł Simon. - Jak nasz Mały Książę ? - zapytał podchodząc do żony - Śpi. - mruknęła i zobaczyła uśmiech na twarzy męża - Czy to nie zabawne ? Rok po naszym ślubie, prawie idealnie na naszą pierwszą rocznicę mamy synka. - Hm... - westchnął Simon - W naszym życiu nic nie jest normalne. No właśnie. Przyszedłem ci coś powiedzieć. Zostaniesz podwójną ciocią. Jace spełnia swoje marzenie o gromadce dzieci z Clary. - Czekaj. Ona znów jest w ciąży ? Muszę do niej powiedziała i cicho wyszła z pokoju. Isabelle poszła do bawialni. Był to stary, nieużywany pokój dla Nefilim, który zostałby w Instytucie. Znajdował się niedaleko ich sypialń i był dość duży by urządzić tam pokój do zabaw dla dzieci. W bawialni były delikatne zielone ściany. Dzięki dużym oknom było w nim jasno. W kącie były półki z zabawkami. Pośrodku stał okrągły stolik z krzesełkami. Na podłodze był miękki dywan. Wszystkie rogi były zabezpieczone. W pomieszczeniu siedziała Clary, Jace i Will. Blondynek bawił się z lisiczką. Jace cicho rozmawiał z żoną gładząc ją po brzuchu i uśmiechając się. - Clary, czy ty na prawdę jesteś w drugiej ciąży ? - zapytała szatynka podchodząc do nich - W czym jest mama ? - zapytał Will patrząc na ciotkę - Tak jestem. - powiedziała i pokazała synowi, by do niej podszedł - Słuchaj kochanie. Będziesz miał młodsze rodzeństwo, bo mamusia ma w brzuszku dzidziusia. - Ale jak on tam się zmieścił ? - zapytał i spojrzał na Izzy - Ciociu a Max śpi ? - Śpi. - odpowiedziała Łowczyni - Słuchaj Will, dzidziuś w moim brzuszku jest jeszcze bardzo malutki. Za 8 miesięcy będzie większy i będziesz miał młodsze rodzeństwo. Dziecko będzie malutkie jak ty kiedy się urodziłeś. Ja i tatuś będziemy musieli się nim zająć i spędzać z nim dużo czas, a ty będziesz nam pomagał ? Będziemy potrzebowali twojej pomocy. - posadziła Willa na swoich kolanach - Będę. - powiedział radośnie - A on bedie taki jak Max ? - Podobny. Będzie malutki i na początku dużo spać. Potem zacznie mówić, chodzić. Tak jak ty mój malutki. - Fajnie. - powiedział i uśmiechnął się - A będę mógł się bawić z rodenstwem ? - Tak, ale jak podrośnie. - Jace pocałował go i uśmiechnął się - Ale wy dalej będziecie mnie kochać ? - zapytał i spojrzał na rodziców - Oczywiście, że tak. Kochany, jesteś naszym kochanym synkiem. - powiedziała Clary i pocałowała synka - Will, my wszyscy zawsze będziemy cię kochać. - Izzy lekko połaskotała go po szyi
-Mam nadzieje Clary że to na razie nie nastąpi nigdy może czas zawiesić broń i pogodzić się z Jace'm co?-zaptał ojciec.-Nigdy się znim nie pogodze no chyba że zmieni swoje zachowanie w stosunku do mnie to moge się ewętualnie nad tym zastanowić-powiedziałam.
Jeden węzeł rozplątany, drugi zawiązany... Piszę od razu - to jest one shot nie związany z blogiem, historią na blogu tylko z Panią Noc... I jak coś ja tu piszę po swojemu, bo czytałam trochę, ale wybaczcie, nie będę dalej tego na razie czytać, bo po prostu nie mogę, tak więc żebyśmy się zrozumieli - tu jest po mojemu. Po drugie - tak to jest wyzwanie z "Najlepszego Komentarza Września" na dole jest "Najlepszy Komentarz Października" i czekam na kolejne wyzwania. Blondyn patrzył na rudą dziewczynę, która siedziała na ławce z młodszą jasnowłosą, która oparta było o jej ramię i coś szeptała jej do ucha. Rudowłosa tylko słuchała i delikatnie gładziła ją po plecach. - Emma ją bardzo lubi. Doda jej otuchy. Nie przejmuj się - powiedział szatyn, który położył mu rękę na ramieniu, budząc go z zamyślenia. - Zerwanie więzi parabatai. Do tego nie da się przygotować, dodać otuchy przed tym... To wyrwanie części swojej duszy... Gdybyśmy... - Jace, to nie my, tylko oni. Ich historia jest inna... I sam przyznasz, że może konkurować, jeśli chodzi o niezwykłość, nawet z naszą... Dla miłości został z nią parabatai, a potem patrzył, jak ona starała się znaleźć chłopaka... Umarłbym, gdyby Magnus mógł i zrobił mi coś takiego... - Cóż, w ich sytuacji to było też trochę głupie. Gdyby sobie od razu to powiedzieli i gdybyśmy o tym wiedzieli to na pewno by się coś wymyśliło... Nawet Jem, mógł z nimi zamieszkać i się nimi opiekować. To w końcu jej krewny... - Wiesz, że to też jest niezwykłe, ale jak widać nasze życiorysy i to, z czym się spotykamy jest po prostu niezwykłe. - Ale wszystko jest przez to cholerne prawo. Chciano ich rozdzielić, dlatego zostali parabatai. Gdyby nie to, obyłoby się bez zerwania więzi parabatai... I mieliby szansę na znalezienie prawdziwych, a tak to nawet nie wiadomo, czy ich miłość przetrwa coś takiego... - Po pierwsze zmieniamy prawo, więc nie gorączkuj się tak bo one cię usłyszą, a po drugie jestem pewny, że to przetrwa. Byłem chwilę temu u Julesa. Siedział i wpatrywał się w pudełeczko. Wiesz, co w nim było ? Pierścionek zaręczynowy dla Emmy. Gdyby jej naprawdę nie kochał to chyba by go nie kupił, nie uważasz ? - Co z tego ? Teraz tak jest, ale kiedy wyrwą im ich cząstki w czasie Ceremonii ? Już nigdy nie będą dla siebie tym, czym są teraz... To niesprawiedliwe... To nie powinno się tak potoczyć. - Jace nie przeżywaj tego tak - mruknął Alec i pokręcił głową. - Wiem, co dla ciebie znaczy parabatai i wiem, że ta cała sytuacja to wielki, kosmiczny żart, nie tylko na ich oboju, ale i na statucie parabatai, ale spójrz na to tak. Zmienisz prawo tak, aby więcej do takich rzeczy nie doszło, żeby świat był lepszy. Jace westchnął i jeszcze raz spojrzał na dziewczyny. Po chwili na jego twarzy pojawił się prawdziwy, szczery i piękny uśmiech. Zobaczył to, co zawsze powodowało, że jego humor nawet z najpodlejszego stawał się najlepszy na świecie. Sygnet. Sygnet Herondale'ów na palcu Clary, swojej żony. - Tak naprawdę to jestem pewny, że to co ich łączy przetrwa... Jules patrzy na Emmę, jak ja na Clary... - Nie zgodzę się. To ona patrzy na niego, jak ty na Clary. W tamtym związku, to on jest artystą, ale coś w tym jest. Totalne przeciwieństwa jednak się przyciągają. Artysta i wojowniczka lub wojownik i artysta. Ja i Magnus... Ja jestem raczej cichy i spokojny, a Magnus... - To Magnus i na tym pozostańmy. Wolę nie wiedzieć, jak go nazywasz w łóżku - powiedział śmiejąc się lekko. - A mówią, że to kobiety uwielbiają obgadywać swoje drugie połówki... - usłyszeli znajomy głos Clary. Jace od razu odwrócił się do niej i wziął ją w ramiona, po czym pocałował w skroń zaplatając palce na jej brzuchu. Alec od razu to wyłapał i spojrzał na nich pytająco. - Czy ja o czymś nie wiem ? - zapytał zakładając ręce na piersi. - Nie - mruknęła Clary i oparła głowę o klatkę piersiową blondyna. - To Jace się spieszy do posiadania potomka i cały czas by już udawał, że jestem w ciąży, ale na razie nic z tego, a zwłaszcza teraz. - Następnym razem mi się uda i nie będzie cię brzuch boleć - mruknął Jace i ucałował jej włosy. - Nie chcę wiedzieć, na serio. Zostawcie mój, młody jeszcze umysł w spokoju. A tak właściwie, dlaczego tu jesteś, a nie z Emmą ? - Spójrz na ławkę - mruknęła i sama zerknęła w tamtym kierunku. Zobaczyła Julesa, który przytulił do siebie Emmę i szeptał coś do niej przeczesując jej włosy. Dziewczyna ułożyła zaś głowę tuż pod jego brodą. Przymrużyła oczy słuchając co do niej mówi. - Chce się jej oświadczyć - wyszeptał Alec. - Kochają się. Ich miłość już sporo wycierpiała. Czas na lepsze dni, tak jak u nas - wyszeptała Clary, po czym ucałowała w kącik ust Jace'a. Pierwsze co poczuła to pusta. Dosłowna pusta, jakby wydarto jej większość jej duszy, wspomnień, uczuć. Drugie to miękka pościel, która ją otulała, a trzecie do miękka, delikatna dłoń gładząca ją po głowie. Lekko rozchyliła powieki. Białe światło niemal sprawiło jej ból, ale zaraz minął. Było coś ważniejszego od tego wszystkiego, a raczej ktoś. - Gdzie jest Jules ? - zapytała chcąc wstać, ale jasne ramiona zatrzymały ją dosłownie po pokonaniu dosłownie kilku milimetrów. Położyła się zatapiając w miękkiej, jasnej pościeli. - W drugiej sypialni. Leż. Jace prosił, żebym tu z tobą posiedziała, a on spokojnie siedzi z Julesem. Nic mu nie jest. Wiedziałabym gdyby coś się stało, więc możesz być spokojna. - Chce go zobaczyć - wyszeptała patrząc na Clary, która siedziała spokojnie i dalej gładziła ją po głowie, chociaż miała mieć niedługo 18 lat. - Zobaczysz, ale po tej Ceremonii jesteście na pewno wykończeni, dlatego leżcie... Prawie straciliście przytomność, więc nie ma ale. - To było tylko lekkie omdlenie... - Nie musisz się tego wstydzić. To, co zrobiliście wymagało wiele siły. Powinniście być dumni... - On nie chce mnie widzieć, prawda ? - zapytała cicho. - Nie chce mnie już, tak ? - Em, o czym ty mówisz ? On cię kocha. Po prostu musicie chwilę odpocząć, ale... Clary nie skończyła mówić, bo drzwi do pokoju momentalnie się otworzyły. Emma po raz pierwszy odkąd tu się znalazła zobaczyła, że pokoik miał ściany w kolorze pastelowym i białe drzwi, które teraz najbardziej ją interesowały, bo stał w nich Jules. W luźnych, pochlapanych farbą dresach i białej, przy dużej koszulce, z potarganymi włosami i niemal bólem w oczach, który momentalnie znikł, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Nawet nie wiedziała kiedy, ale już była w jego ramionach, wdychając jego zapach, wplątując palce w jego włosy, czując jego dłonie na plecach. - Na Anioła Emma... - usłyszała cichy szept. Już po chwili jego usta dotknęły jej ust. Cały świat stracił nagle znaczenie, wszystko to, co wokół niej się działo było bezsensu. Liczył się tylko on. Chłopak o niebieskich oczach i brązowych włosach, który trzymał ją teraz w ramionach. Z którym się wychowała i którego pokochała mimowolnie, ale prawdziwej niż kogokolwiek innego. Zacisnęła palce na jego ramieniu chcąc się upewnić, że to naprawdę on trzyma ją teraz w ramionach i całuje, jakby cały świat miał się skończyć. W odpowiedzi usłyszała tylko jego śmiech. Oparł czoło o jej czoło i wpatrywał się w nią intensywnie. Dyszeli. Ich oddechy się mieszały. On uśmiechał się lekko, a ona patrzyła się na niego jak urzeczona. - Kocham cię... - wyszeptał szybko, jakby były to dwa najdłuższe słowa świata, które miał powiedzieć w dwie sekundy. - Kocham cię i wiesz o tym, prawda ? I kochasz mnie tak samo, tak ? - A może bardziej ? - wyszeptała i zaczęła wodzić kciukiem po jego lekko opuchniętych, czerwonych od pocałunków ustach. - Niemożliwe - wymruczał i przytulił ją do siebie jeszcze mocniej. - Tak się bałem, że... Że po tym wszystkim... Że my... Ty... Podwinęła rękaw jego koszulki i palcem napisała na jego skórze. Ja też. Uśmiechnął się i złapał jej rękę. Zsunął powoli dłoń. Mam coś dla ciebie. Co ? - napisała na jego skórze zmieniając kropkę pod znakiem zapytania w serduszko. - Może usiądziemy ? Trudno mi ci to dać, kiedy... Jesteśmy w takiej pozycji... Emma, dopiero teraz zrozumiała, że kiedy się całowali Jules położył ją na łóżku i pochylał się nad nią, tak, że jego nogi obejmowałyby jej, gdyby nie kołdra. W jej głowie pojawiło się tylko jedno pytanie - Jak on może na nią tak działać ? Usiadł i przyciągnął ją do swojego boku. Usiadła na jego kolanach i przerzuciła swoją rękę, przez jego ramię, aby spokojnie bawić się jego włosami. Spojrzała w jego oczy i zobaczyła napięcie i strach. Co chciał jej powiedzieć ? Że jednak muszą się rozdzielić, mimo umowy, jaka była zawarta z Clave ? Że coś się stało podczas Ceremonii, którą ledwie co pamiętała ? - Co się dzieje ? - zapytała cicho. - Słyszałaś, kiedy wyszli ? - zapytał nagle i wskazał na zamknięte drzwi. - Pewnie kiedy się na mnie rzuciłeś... - Kiedy się obudziłem, zobaczyłem, nad sobą Jace'a... Pierwsze moje słowo, to było twoje imię... Powiedział, że jesteś za cholerną ścianą, z Clary... Chciałem się do ciebie od razu zerwać, ale on zapytał mnie o jedną rzecz... Chwilę musiałem się zastanowić, ale już wiem. Nie będzie lepszej okazji... - Do czego ? - zapytała czując jak udziela się jej jego zaniepokojenie. Kocham cię - napisał na jej skórze, po czym wyciągnął z kieszeni dresów małe, złote pudełeczko. Położył je, na jej nogach. Wpatrywała się w nie, jak zahipnotyzowana. Podejrzewała, co tam jest, ale nie chciała uwierzyć, że to mogłoby się dziać. Zostaniesz moją... - zaczął pisać, ale przerwał, kiedy zobaczył jej łzy, na jej policzkach. - Emma ? - zapytał cicho wycierając je kciukiem. Nie odpowiedziała. Wzięła pudełeczko do ręki. W środku był sygnet. Sygnet Julesa i pierścionek. Delikatny, złoty pierścionek z białym kryształem, przez które przeszło światło sprawiając, że zobaczyła w nim tęczę. - Kiedy go kupiłeś ? - zapytała cicho wyjmując go z pudełeczka. - Kiedy wróciliśmy do Los Angeles po uzgodnieniu ugody, jeśli chodzi o nas i Marka i wujka Arthura... Ja już wiedziałem, co chce zrobić i... - I ? - zapytała, kiedy urwał. - Kocham cię, a skoro możemy teraz być razem, to... Nie chce, aby ktoś inny się... Przy tobie kręcił. Nie zniósłbym takiej myśli... Po prostu nie. - Bo nie musisz - wyszeptała. Tak - delikatnie powiodła po skórze jego ręki, po czym ujęła jego dłoń i położyła na nią pierścionek, który po chwili znalazł się na jej palcu zamiast sygnetu. Jules od razu wsunął na jej palec swój sygnet, powodując jej śmiech. - Co ? - zapytał, kiedy ona delikatnie wsunęła na jego palec swój sygnet. - Może jeszcze dasz mi tabliczkę z napisem "Narzeczona Juliana Blackthorna. Nie ruszaj, nie patrz, nie zagaduj, bo dostaniesz bełt z mojej kuszy między oczy." - W sumie nawet dobry pomysł, ale jedno bym na pewno dopisał. - Co ? - Między oczy i między nogi - mruknął, powodując jej śmiech. - A więc będziesz typem zazdrośnika... - zaczęła, kiedy on pociągnął ją lekko za końcówkę jej włosów. - Auć ! - To nie pyskuj swojemu narzeczonemu - mruknął po czym delikatnie pchnął ją na łóżko. Położył się koło niej, ale ona delikatnie zsunęła jego nogi i zanim zadał choć jedno pytanie przykryła go kołdrą, położyła się na jego klatce piersiowej i sama otuliła jego nogi swoimi. - Leż - wyszeptała, po czym ucałowała go w kącik ust. - Jak ja mam odmówić mojej kochanej narzeczonej ? - zapytał po czym wtulił swoją twarz w poduszkę. - Jak myślisz, będzie krzyk ? - zapytał kiedy stali przed Instytutem w Los Angeles. Zbliżał się wieczór, niebo zaczynało robić się lawendowe, przez zachodzące słońce. W oddali było słyszeć spokojne fale oceanu, a lekki wiaterek niósł smak soli na usta. Trzymali się za ręce patrząc na drzwi ich domu, ich Instytutu. - Skoro jeszcze Cristiny tu nie ma, może się nam upiecze... - wyszeptała Emma. Podeszła, żeby otworzyć drzwi, kiedy te otworzyły się na oścież. - Słucham ?! - krzyknęła od razu Cristina, która pokazała się w drzwiach, żeby chwilę potem przytulić zdziwioną Emmę. - To był jej pomysł - oświadczył Mark podchodząc do brata, po czym serdecznie go przytulając. - Tęskniłem, mimo tego, że nie było cię tylko tydzień, wiesz ? Bałem się, że coś ci się stanie, ale widzę, że jesteś w niezłej formie. - Tak, wszystko w porządku, a co tu ? Wszyscy żyją ? - Niedługo - usłyszał stłumiony głos Emmy, która dalej była w szczelnym uścisku dziewczyny. - Cristina, proszę cię, nie zabijaj mi narzeczonej... - jęknął Jules. - Że co ?! - zapytała odskakując od Emmy, ale tylko po to, by ująć jej dłoń i przyjrzeć się jej. - Mark, oni z nas zgapili ! - Że co ?! - zapytała tym razem Emma, łapiąc jej dłoń. - Chyba następnym razem powinniśmy obgadać takie sprawy... - mruknął Jules, na co Mark, tylko skinął głową. - Nie sądziłem, że zaraz po zerwaniu jeden więzi, już zrobisz drugą... - Cóż, ją trzeba cały czas jakoś wiązać, żeby mi nie uciekła, wiec... - ZRÓBMY PODWÓJNE WESELE ! - krzyknęła nagle Cristina. - Na Anioła... A może najpierw pozwolicie mi zobaczyć siostrę, która ledwo przyjechała z wygnania i resztę rodzeństwa ? - zapytał, po czym zabrał torby swoje i Emmy, po czym wmaszerował do Instytutu. Emma zaraz za nim pobiegła i wzięła od niego lżejsze rzeczy. Mark zaś przytulił do siebie Cristinę i spojrzał na brata i jego narzeczoną, wchodzących po schodach na górę. - Tu nigdy nie będzie normalnie - wyszeptał w jej włosy. - Nie wiem, czemu ci to przeszkadza. Przynajmniej będziesz mieć co opowiadać dzieciom, wnukom... - Jeśli mi jakieś dasz to z miłą chęcią, a teraz może chodźmy tam. Chce zobaczyć reakcję Helen... - A ja Emmy... One planują wziąć ślub i tu zamieszkać, my się zaręczyliśmy, a teraz i oni... Czas chyba na co najmniej rok wielkiego świętowania, nie sądzisz ? - Jeśli to będzie tylko rok, możesz już dzwonić po Diego, a mnie nazywać Markiem Antoniuszem... - Po co ? Przecież już ci mówiłam, że się rozstaliśmy ? A Mark Anthony to są twoje imiona, więc... - No co ? Ja jako Marek Antoniusz potrzebuje Cezara, a on się nadaje, bo jak to Livy stwierdziła, odziedziczył po nim Kleopatrę, a więc w naszej sytuacji ja ciebie... Nawet pierwsza litera imienia pasuje... - Chodź już... Zmieniasz się w Arthura, czy co ? - zapytała ciągnąc go za ramię do Instytutu. - Jeśli tego chcesz... - zaczął, ale ona szybko zamknęła go słodkim, pocałunkiem. Ps. Human pozdrawia, nie dziękować, za powtórkę z historii pod koniec :). Księga IV: Rozdział 1 ...nie każda biel jest czysta, a czerń zła. Dziś postanowiłam nie dzielić rozdziału, bo nie ma takiej potrzeby. Znaczy tak mi się wydaje, po prostu za dużo z tym jest zabawy i nie do końca pasują mi te wyraźne granice. Wybaczcie, jeśli liczyliście na coś podobnego. ... - Witaj Harry, nareszcie mamy sposobność poznać się bliżej. Jestem Delerion, syn Damy Ognistego Dworu, Generał Płonącego Pułku oraz Najwyższy Dowódca Oddziałów Faerii w Waszyngtonie. - Przywitanie nowego "nauczyciela" od samego początku przesiąknięte było dumą oraz swego rodzaju wyższością. Sam Delerion prezentował się jak na XIX wiecznego arystokratę przystało. Szybka analiza gestów, postawy oraz specyfiki jego wypowiedzi stworzyła w oczach młodego Nephilim pełen obraz postaci syna tutejszej Władczyni Dworu Faerii. Specyfika ciężkiego akcentu oraz wyprostowana sylwetka z ukrytymi za plecami ramionami świadczyła o brytyjskim pochodzeniu. - Witaj Delerionie, niestety ja nie słyszałem o Tobie zbyt wiele. Nasze Instytuty mają za grube mury, by wiadomości z zewnątrz przedostawały się do wewnątrz. Nie mniej jest wielkim zaszczytem poznać Cię osobiście oraz czerpać z Twojej wiedzy oraz doświadczenia wzorce i trenować własne umiejętności. Ja jestem jedynie szarym wojownikiem w Trójce, więc nie mogę równać własnych osiągnięć z Twoimi. - Harry znał etykietę panującą w dworach arystokratów, gdyż od dłuższego czasu był zaczytany w wielu wspaniałych lekturach opiewających pyszność tamtych czasów. - Cóż za miłe zaskoczenie. Nie byłem świadom, że dzisiejszą młodzież mogą reprezentować tak dobrze wychowane jednostki. To wręcz nie spotykany dar i umiejętności w dzisiejszych czasach. Czegóż innego mogłem się jednak spodziewać po Tobie, wszakże sama Tessa miała Cię pod swoją pieczą. Pogratuluj jej wychowania kolejnego dżentelmena miłego oczom i uszom. -Młody Nephilim zobaczył dziwny wyraz oczu księcia Faerii, gdy tylko napomknął o czarownicy. Czyżby znał ją? Jeśli tak, to skąd i dlaczego brunet nic o tym nie wiedział? - Na pewno przy naszym kolejnym spotkaniu, napomknę o Tobie i życzliwych słowach, jakie każesz mi jej przekazać. Ale skończmy w tym momencie nasze uprzejmości i zacznijmy końcu to jest cel naszego spotkania. - Harry miał już dość uprzejmości. - Jak sobie życzysz. -Książę uśmiechnął się krzywo i wyjął swoje ostrze z pochwy i ruchem dłoni poprosił, by Nocny Łowca zrobił to samo. Zaczyna się nowy rozdział życia młodego Nephilim. Czy konieczny i warty zapamiętania, tego nie wie jeszcze nikt, nawet sama Tessa Gray. ... - Harry, wiem że Ci ciężko, ale każdy ma swoje problemy i to, że nie zawsze o nich mówi i nie pokazuje ich społeczeństwu, to nie znaczy, że ich nie ma. Zrozum też nas, nie zawsze wszystko jest tak jak chcesz, ale czy to upoważnia Cię do takiego traktowania przyjaciół i rodziny, nawet tej przybranej? - Nie znał tej dziewczyny, ale ona najwyraźniej znała go. Jak? Raczej pamięta raz zobaczone twarze, więc czemu jej nie może zidentyfikować? I skąd ona na Anioła wie tyle o jego życiu? - Kim jesteś pani? Skąd pochodzisz i czemu mnie napominasz? - Odłożył na siedzenie motocyklu kask. Planował już wrócić, w końcu ludzie zaczną się o niego martwić, a przecież nie chciał nikomu robić kłopotu swoim istnieniem. - To najmniej istotna sprawa w tym momencie. Ważne jest byś pamiętał, nie każda biel jest czysta, a czerń zła. Nie składaj pustych obietnic, przestań uważać siebie za kogoś większego niż reszta i miej na względzie uczucia swoich bliskich. - Chłopak uważnie przyglądał się jej urodzie, cechom charakterystycznym, śnieżnobiałemu stroju, lekkim zmarszczkom pod błękitnymi oczami i siwym odrostom na samym czubku głowy. Nagle kobieta odwróciła się do niego plecami i zaczęła iść w przeciwną stronę. - Hej, gdzie idziesz? Czemu mi to wszystko powiedziałeś?! - Harry nadal stał oparty o maszynę i oczekiwał na jakąkolwiek odpowiedź. - Kiedyś się jeszcze spotkamy i wszystko zrozumiesz. - Nawet w trakcie wypowiadania tego zdania, nieznajoma nie przestała się oddalać i nawet na ułamek sekundy nie powróciła wzrokiem do jego postaci. ... " - Zatańczysz ze mną? - Zapytał mały chłopiec, kiedy zobaczył równie małą, albo nawet mniejszą dziewczynkę od siebie. - Nie, fuuu, jesteś chłopakiem. Nie zatańczę z Tobą. Jeszcze ja też nie miałabym prawdziwej mamusi przez to. - Odwróciła się do niego plecami. Jego przybrana matka brała ślub, ale żaden rówieśnik nie chciał z nim się bawić ani tańczyć. Zasmucony chłopczyk postanowił przejść się poza miejscem, gdzie odbywał się bal. Przecież i tak nikt nie zwracał na niego tam uwagi. - Czemu jesteś sam? - Zapytał go nieznajomy głos. Okazało się, że jego posiadaczem jest inny chłopiec w podobnym do niego wieku. Miał zielone oczy i piękne, platynowe włosy. Wyglądał bardzo przyjaźnie. - Bo nikt nie chce się za mną bawić ani tańczyć, a moja druga mamusia jest zajęta moim nowym tatą. - Mały Harry zawsze był szczerym dzieckiem. Nie bał się prawdy i nawet nieznajomym podałby dokładne miejsce, gdzie znajduje się jego największy skarb. - Jak to masz drugą mamę i nowego tatę? - Blondyn był bardzo zaciekawiony słowami nowego kolegi. Nikt z jego dotychczasowych przyjaciół nie miał dodatkowych rodziców. - Po prostu nie znam pierwszej mamy, a druga dziś robi wesele. - Brunet lekko uśmiechnął się do blondyna. - Jestem Harry, a Ty? - Ja jestem... - W tym samym momencie otwarł się portal za postacią małego chłopca. - Muszę już wracać, bo mama się na mnie zdenerwuje. Cześć. - Posłał szeroki uśmiech do bruneta. Wyciągnął w jego stronę rękę i czekał, aż nowy kolega za nią chwyci. Kiedy tak się stało, złapał swoim małym palcem jego. - Niedługo znowu Cię odwiedzę, obiecuję. - Opuścili swoje ręce i po chwili po nowym towarzyszu jego gorszych i lepszych chwil młodości zniknął." ... " - Bądź szybszy i szukaj słabych punktów w przeciwniku. - Od kilku miesięcy Harry miał już swojego parabatai i zazwyczaj to jemu udzielał takich rad. Wtedy jednak naprzeciwko niego stał bliski przyjaciel, w którego obecności czuł się jeszcze swobodniej i nawet potrafił śmiać się serdecznie, a nie przez sytuację i to, że tak należy. - Mówisz mi to już któryś raz z kolei. Wiem Harry, ale niestety nie mam aż tak dużego szczęścia, żeby ćwiczyć sześć dni w tygodniu z najlepszymi. Mi na razie musi wystarczyć Twoja pomoc i własne - doświadczenia. Jeszcze raz. - Blondyn miał jeszcze większy zapał niż poprzednio. Zamarkował cios w w prawe udo, ale jego ostrze przecięło cienki materiał koszulki Harry'ego tuż obok szyi i delikatnie przejechało po jego skórze, sprawiając, że Łowca upadł i w miejscu, gdzie przed chwilą znajdowało się ostrze, pojawiła się czerwona linia i nieprzyjemne pieczenie. - Jona! Chciałeś mnie zabić?! - Przyjaciel spuścił głowę, a kaskada przydługich już włosów zakryła całkowicie jego twarz. Brunet jednak nie był zły, po chwili uśmiechnął się promiennie. - To było świetne. Cieszę się, że mnie słuchasz. - Po chwili znów stał na nogach i z bananem na twarzy objął swojego rówieśnika i ruszył do przodu. Siedli pod niewielkim drzewem i rozmawiali o różnych sprawach. Po jakichś czterdziestu minutach pojawił się portal, który po raz kolejny zabierał jego najlepszego kompana, ale sam Harry nie miał mu za złe, że nie mogą sp,ędzać ze sobą tyle czasu, ile by pragnął. W końcu przyjaciele wybaczają sobie prawie wszystko." ... "...Mam w sobie krew Demona, tak mówi Tessa. - Harry postanowił być w pełni szczery ze swoim przyjacielem. - Ale podobno również Anioła i najdziwniejsze, że ona nie zredukowała tamtej posoki i to przez to mam tyle siły i te umiejętności. - Nie martw się, ja też posiadam domieszkę demonicznej posoki w sobie. Różnica między nami jest taka, że ja nie mam dodatkowej ilości krwi Anioła. - Uśmiech jego przyjaciela był przygaszony. - To nie znaczy, że jesteś zły Jona... Znam Cię i mogę to wykluczyć..." - Czy to o Tobie mówiła ta kobieta? Czy to ty jesteś tą "czernią"? Kto w takim razie jest "bielą"? KOMENTARZ PAŹDZIERNIKA 2017. "Skoro tak twierdzisz... Będę czekać cierpliwie. Niech Bóg(ty)mi to wynagrodzi!" - A. Księga I : Rozdział 7 Wiśniowa taksówka Ostrzegam Was Ludziki. To jest najdłuższy rozdział chyba, bo liczy około 2800 słów... Ps. Wiem, że rozdziały są na razie spokojne i mdłe, może dla niektórych śmiertelnie nudne oraz chorobliwie dla Was brakuje Clary, ale poczekajcie, okey ? Następne już będą lepsze... Mam nadzieję. - Gdzie jest Henry ? - zapytała po chwili ciszy Jia patrząc nieco twardo na Maryse. - W swoim pokoju. Mogę po niego pójść - zaproponowała odwracając się już do wyjścia. Chciała wyjść z tego pomieszczenia. Nagromadziło się w nim zbyt dużo napięcia, głównie spowodowanym wspomnieniem dni Kręgu, które w perspektywie dzisiejszych wydarzeń były dniami straconymi, przeklętymi dla każdego, kto był w bibliotece. Zerknęła na Jię, która rozmasowała skórę na skroni drobną, delikatną dłonią, na której widniały małe blizny i zawijasy czarnych run. Maryse pomyślała, że gdyby nie jej upór i niezachwiana wiara w Valentine'a wtedy, może by miała szansę być na miejscu Jii, ale sama siebie skreśliła. Zaufała diabłu i prawie sprzedała przyszłość całej swojej rodziny. - Nie trzeba... Zaprowadź mnie po prostu do niego. Muszę powiadomić go o całej sytuacji i zwrócę mu przy okazji uwagę na to jak ma się zachowywać i o co może lepiej nie pytać od razu. Ta sprawa jest niezwykle ważna, więc mam nadzieję, że mu pomożecie i że będę dostawała szczegółowe raporty. Nie możemy pozwolić aby Podziemni myśleli, że mamy tego chłopca gdzieś, albo gorzej, że maczaliśmy w tym palce. Zwłaszcza, że niedługo będą znowu podpisywane Porozumienia. - No i Valentine wraca, więc łatwo mogą uznać nas za wrogów ze zwykłego strachu - zauważył Robert stukając nerwowo w blat biurka. - Zgadzam się. W dodatku stało się to raczej pod naszym nosem, więc mogą uznać, że nie stanowimy dostatecznej ochrony dla nich - dodał Hodge. - Jeśli pozwolisz Jio, to wyślę wiadomość do Miasta Kości, z zapytaniem, czy mają już jakieś ustalenia. Jeśli się czegoś dowiem od razu przyjdę do pokoju Henry'ego i powiadomię was o wszystkim... Musimy wiedzieć w końcu czego albo kogo szukamy... - Valentine może użył demonów, aby nie zostawić swoich śladów... - zastanowiła się Maryse. - Możliwe, że będą ich ślady na trasie tego chłopca. Mógł ich użyć, żeby go tu zagonić, jak zwierzynę. - Henry to sprawdzi - mruknęła Jia i spojrzała na Maryse, która od razu zrozumiała, że ma ją teraz zaprowadzić do chłopaka. Wyszła z biblioteki gorączkowo myśląc dlaczego idąca za nią kobieta nie ufała im na tyle, aby przy nich rozmawiać z Henrym, czy choćby pozwolić go zawołać ? Możliwe, że w świetle wydarzeń byli podejrzani przez Clave, ale Jia to w końcu prawie rodzina. Tylko dziś od razu zaczęła zachowywać się tak profesjonalnie odcinając się od nich, jak od jakieś zarazy, która mogłaby ją jakoś splamić. Dlaczego w ogóle Clave ich podejrzewało po 10 latach przykładnej służby mającej odkupić winy i zadośćuczynić za błędy młodości. Przełknęła ślinę, próbując przełknąć gulę, jaka wytworzyła się w jej gardle. Zerknęła na Jię, obawiając się, że mogła odczytać jej myśli i obawy, odebrać je jako przyznanie się do winy, do spiskowania z Valentine'em, być może nawet ukrywania go. Kiedy dotarły do pokoju nastolatka zobaczyły Churcha, który wylegiwał się pod drzwiami blokując przejście. - Church, wynocha - warknęła Maryse, próbując go przesunąć stopą, ale kot uderzył łapą z wysuniętymi pazurami w jej but przerywając próbę. - Zrobię z ciebie kiedyś worek na śmieci, przysięgam - jęknęła zła powtarzając próbę przesunięcia go, która tym razem o dziwo udała się. Kot miauknął, po czym wstał i usiadł koło drzwi spoglądając na nie. - Paskudne, wieczne kocisko - prychnęła pukając. - Proszę ! Nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi ale zanim weszła do środka Church już był w środku. Podszedł do Henry'ego, który leżał na łóżku wpatrując się w ekran telefonu i wskoczył na miejsce obok niego zwijając się w kłębek. - Polubił cię... To niezwykłe w przypadku tego kota, który nienawidził chyba wszystkich... Konsul chce z tobą porozmawiać, więc zostawię was samych - powiedziała Maryse zanim on otworzył choćby usta, po czym od razu wyszła. - Dzień dobry ? - mruknął siadając na łóżku, odkładając telefon na szafkę. - Chodzi o moje zadanie ? Jakieś zmiany, poprawki ? - Dziś do Instytutu zawitał Pierwszy ze stada z China Town... To Lucjan Graymark, teraz znany jako Luke Garroway, były parabatai Valentinne'a... Chciałabym, żebyś miał go na oku. Jego zachowanie... Nie wiem czemu ale sądzę, że coś ukrywa. - Oczywiście, ale do śledzenia potrzebne mi jest troszkę więcej informacji pani Konsul. Jak teraz wygląda, gdzie mieszka ? - Podszedł do niej i założył ręce na piersi. - Tu jest adres jego księgarni. Mieszka na jej piętrze. Na karteczce jest również adres, gdzie jest główna siedziba jego stada, jeśli tak można nazwać stary komisariat. Chciałabym, żebyś jeszcze dziś złożył mu wizytę w jego domu. Chodzi o zadanie standardowych pytań i zobaczenie, czy w jego domu nie ma nic podejrzanego, ale bardzo delikatnie. Nie chce aby się spłoszył. Musisz pamiętać, że pewnie będzie bardzo wyczulony. Są przesłanki, że Valentine niedługo się ukaże i pewnie będzie bardzo ostrożny... - Pani Konsul, nie mówi pani do jakiegoś amatora. Jestem specjalistom, jeśli o to chodzi. Mam być ostrożny i pytać o tego chłopca, żeby się rozgadał sam ? - Ten chłopiec to Jasper. - Oczywiście. Czy coś jeszcze ? - Weź ze sobą może Aleca. On... Zna się trochę na magicznych rzeczach i może coś wypatrzy, jeśli miałby coś do tajnej komunikacji. No i masz pisać raporty do mnie, jeśli chodzi o tą sprawę i... - I ? - Masz dalej pilnować Lightwoodów, ale... Masz do mnie najpierw pisać, jeśli wyda ci się to podejrzane, zrozumiano ? Henry spojrzał prosto w jej ciemnobrązowe oczy. Jia poczuła jak dreszcz przeszył jej ciało, kiedy zwykle ciepłe spojrzenie chłopca przeszyło ją sprawiając, że stanęła jak słup soli czując narastający niepokój, jakby bezbronnie stała naprzeciwko potężnemu demonowi. - Chodzi o to, że się przyjaźnicie, prawda ? Boi się pani, że zdradzą i nie chce pani, aby po pierwsze to zrobili, po drugie aby to wyszło na jaw, bo konsekwencje będą już bardziej niż poważne, racja ? Chce pani ich obronić, nawet przez nimi samymi i dlatego teraz prawdopodobnie bardzo chłodno się z nimi obeszła. Szykuje się pani na najgorsze, ale... - Skąd ty o tym... - zaczęła, ale Henry zaśmiał się tak czysto i prawdziwie, że nie miała pewności, czy to co słyszała, nie było jej przywidzeniem. - Łączę fakty. W dodatku nie urodziłem się wczoraj. To dość proste. Maryse wyszła stąd jak najszybciej, a przy mnie raczej nie ma powodów, aby czuć się niekomfortowo, a nawet gdyby to wie, że zdradziłaby się, że coś ukrywa, więc chodziło o pani obecność. No i w dodatku przyjaciółka tak oficjalnie o przyjaciółce ? Nawet jeśli w oficjalnej sprawie ? I przy mnie, który spędził pół życia w Idrisie i wie o różnych stosunkach miedzy ludźmi ? W dodatku jestem wychowankiem ulicy, więc coś wiem o ludziach. - Nie mów nikomu o tym, ale ja znam lepiej tych ludzi i wiem, że oni tego nie zrobią, a jeśli tak to musi być w tym ważniejszy powód niż Clave myśli. Oni nie są zdrajcami. - Rozumiem. Nic nie powiem. Jeśli to wszystko... - Do widzenia - powiedziała i wyszła, czując dreszcze spowodowane przez jego spojrzenie. Wyszła z pokoju, w którym zapanowała niczym nie zmącona cisza. Chwilę nasłuchiwał. Spojrzał na kota, który zwinął się w kłębek i spał na jego łóżku. - Tylko nie wygadaj nikomu - mruknął do niego biorąc telefon do ręki. Zadzwonił pod niezapisany numer. Po trzech sygnałach ktoś odebrał. - Dawno nie dzwoniłeś - usłyszał cichy głos. - Nie miałem okazji... Jestem tu - powiedział szybko, chcąc od razu wyrzucić potok słów cisnących mu się na usta od wczoraj. - Wiem. Powiedzieli mu, a on mnie. - To czemu nie zadzwoniłaś ? - Nie wiedziałam kiedy. Nie chciałam podejrzanych telefonów... - Pozdrów ją. Zaczynamy niedługo. - wyszeptał. Rozłączyła się bez słowa, ale on wiedział wszystko już. Leżała na łóżku przyglądając się dwóm lakierom do paznokci. Nie umiała wybrać koloru, co się rzadko zdarzało, ale jednak zdarzało. W końcu zdecydowała się na szary kolor i już miała otwierać lakier, żeby pomalować sobie paznokcie, kiedy usłyszała pukanie. Odstawiła lakier i podeszła do drzwi. Otworzyła je i pierwsze co poczuła, to miękka sierść ocierająca się o jej kostkę. Church. - Isabelle, czy nie wiesz może gdzie jest twój starszy brat ? - zapytał Henry uśmiechając się do niej, w sposób, w jaki od razu powodował, że wydawał się jej tak znajomy. - U Magnusa - odpowiedziała szybko. - A co ? Chciałeś potrenować, czy pomoc w czymś ? - Muszę jechać do Pierwszego z China Town... I wiesz, nigdy nie byłem w Nowym Yorku, a w dodatku Jia powiedziała, że może mieć jakieś magiczne przedmioty i Alec by to zauważył... - Ja też ci mogę pomóc - powiedziała całkowicie zapominając o zamiarze malowania paznokci. - Alec może za długo nie wrócić, więc kiedy idziemy ? - Woah, szybka jesteś - powiedział przeczesując włosy, które opadły mu na czoło. - To może za jakieś pół godziny, pasuje ? Przed Instytutem. - Oczywiście, tylko gdzie on teraz mieszka ? - Wiesz już kto nim jest ? - zapytał cicho. - Lucjan Graymark... Mama mi powiedziała... Znałam go, z resztą wszyscy w tym Instytucie oprócz Maxa... - Max urodził się po rozpadzie Kręgu tak ? - zapytał ściszając głos i minimalnie zbliżając się do niej. - Tak. Niewiele wie o tym i wolimy, żeby tak zostało. - Oczywiście Isabelle - powiedział miękko, po czym zmarszczył czoło. - To za pół godziny. - Och, tak oczywiście. Pół godziny i idziemy - powiedziała już bardziej do siebie, bo on już odwrócił się i odszedł do swojego pokoju. Zamknęła drzwi i chwilę oparła się o nie. Przegryzła wargę i dopiero po chwili zauważyła Churcha, który leżał na łóżku i pilnie się jej przyglądał. - No co ? Nie oceniaj mnie, okey ? Wiem, że Alec, gdyby była taka potrzeba, pojawił się tu w pięć minut, ale nie ma takiej potrzeby. Dbam o jego związek i tyle sierściuchu ! Mężczyzna stał nad ekspresem z kawą czekając aż, wydający mu się w tej chwili niemal anielskim, napój będzie gotowy. Zerknął na zlew z niepozmywanymi od wczoraj naczyniami. Westchnął widząc kubek ze śladem czerwonej szminki, dowód na to, że tu była. Uśmiechnął się lekko. Ekspres zaparzył już kawę. Zbliżył kubek do ust, ale kubek zamarł zanim choćby kropelka płynu dostała się do jego ust, gdyż nagle zadzwonił telefon. Odstawił kubek na blat i zerknął na wyświetlacz telefonu. Lekko zdenerwowany odebrał. - Ukryj rzeczy - zabrzmiała krótka komenda, po której osoba, po drugiej stronie rozłączyła się. Znów spojrzał na zlew. Kubek z jej szminką musiał zniknąć... - To bierzemy taksówkę ? - zapytał, kiedy Isabelle pojawiła się w drzwiach Instytutu. Zerknął na nią. Miała buty na obcasie i długie rurki. Luźna, czarna koszulka na ramiączkach odsłaniała jej runy, a naszyjnik z jej czerwonym rubinem błyszczał w świetle słońca. Związała czarne włosy w wysoką pytkę, która spadła na jej plecy. - Chyba tak. Jeśli chcemy trafić tam dość szybko... - To gdzie najlepiej złapać ją ? - Po co łapać... ? - zapytała klikając coś w telefonie. - Mam tu numer do jednego taksówkarza, który dodatkowo może nam coś powiedzieć... Charlie ? Jesteś wolny ? Możesz pod Instytut wpaść, mam kurs... Tak, zapłacę ci z góry, ale jeśli odpowiesz na dwa, może trzy pytania... Już o tym wiesz ? Tak, prowadzimy tę sprawę... Ale ? Dobra. - Będzie ? - Tak, tak... Masz pieniądze, gdyby co ? - Oczywiście. Clave może jest okrutne, ale kasę czasem nieźle sypie... To kim jest ten taksówkarz ? Jakiś bliski przyjaciel ? - Niezbyt. To raczej przyjaciel, przyjaciela... - Podziemny ? Wilkołak ? - Niezbyt. To pół-wilkołak - mruknęła i kopnęła kamień, który potoczył się kilka metrów. - Jego ojciec miał kiedyś stado, ale odstąpił władzę. Związał się z Przyziemną ze Wzrokiem. Prosta historia. - Takie są czasem najlepsze... Wszystko łatwe, bez zawiłości, bez minimalnych tonów szarości, które skrywają w sobie wszystko to co ważne, bez jakiś spektakularnych wzlotów i upadków, które powodują w człowieka co najmniej zawał... Szkoda, że życie Nefilim, nie może być prostą historią... - Nie chciałbyś, aby twoje życie było pełne niespodzianek ? - zapytała i spojrzała na niego nie ukrywając swojego zaskoczenia. - Zaskakujące ? Chciałbyś życie bez walki, bez polowania na demony ? Przecież wiedziesz naprawdę ciekawe życie. W końcu Clave uważa cię nie tylko, za najlepszego Nefilim naszego pokolenia, ale ma do ciebie także zaufanie i powierza tak ważne zadania mimo tego, że masz 17 lat. - Wiesz, czasem chciałoby się trochę... Prostszego życia... Słuchanie o tak, niesamowitym życiu, może i jest przyjemne, ale prowadzenie go to inna sprawa... Sama pomyśl, czy jeśli ktoś myślałby o tym, aby zamienić się ze mną, musiałby wziąć pod uwagę to, że nawet posiadanie dziewczyny może być kłopotliwe, bo ciągle gdzieś wyjeżdżam... I czasem są to tylko tygodniowe wyjazdy, ale na przykład ten ? Mam tu być do odwołania, czyli może nawet do rozwiązania tej sprawy... A czy ona mogłaby być tu ze mną to zupełnie inna sprawa... - Cóż, to faktycznie może być kłopotliwe... Charlie przyjechał - powiedziała urywając temat. Wskazała na wiśniowy samochód z typowym dla Nowego Yorku oznaczeniem taksówki, ale właśnie ten wiśniowy kolor zaburzał tu wszystko. Przez otwarte okno widać było kierowcę, może 20-letniego chłopaka z długimi, czarnymi włosami i ciemniejszą karnacją, ubranego w bordową koszulkę. Na ramieniu, które wystawił poza samochód widać było tatuaż - wilka, który wył do księżyca. - To jest taksówka ? - zapytał Henry wpatrując się w kolor samochodu, kiedy oboje szli w jego kierunku. - Jeśli chcesz żółtą to łap jakiegoś Przyziemnego - mruknął zachrypniętym głosem. - Spodziewałem się auta w gorszym stanie, po usłyszeniu słowa taksówka... Nawet nie chcesz wiedzieć jakim gruchotem, który zwał się dobra taksówką, jechałem w Ameryce Południowej... - mruknął i wsiadł no tyle siedzenie, koło Izzy. Biała tapicerka wiśniowego auta była czyściutka i niemal pachniała nią. Zupełnie jakby przed sekundą zakończyło tu się kompleksowe czyszczenie. - To teraz dwa pytania - mruknął Charlie patrząc na nich przez przednie lusterko. - Gdzie mam jechać i kto płaci z góry ? Henry bez słowa podał mu karteczkę z adresem księgarni oraz banknot z dość dużym nominałem. - Nie mam jak wydać - mruknął pół-wilkołak widząc banknot. - Napiwek - rzucił hasłowo Henry stukając palcami o drzwi auta. - Za ile będziemy ? - Pewnie za kilka pytań. Prowadzisz tę sprawę ? - zapytał zamykając okno. - W imieniu Konsula - dodał zerkając przez okno. - Skąd wiesz ? - W Świecie Cieni takie rzeczy szybko się rozchodzą. Mój ojciec mi powiedział, a sam ponoć dowiedział się od faceta, u którego pracuje... - Przyziemnego z Wzrokiem, który był często odwiedzany przez Jaspera ? - Tak - powiedział po chwili ciszy. - Nie mogą się pogodzić z tym, że prawdopodobnie przez nich zginął... - Nie wiem, czy mógł przez nich zginąć. Ktoś raczej podrzucił ciało po sprawie... Czy pracodawca twojego ojca ma kłopoty ? - Sądziłem, że rozmawiamy o Jasperze... - Czy ktoś mógł go zabić, żeby wyrównać porachunki z twoim pracodawcą ? - zapytał jeszcze raz, trochę chłodniejszym tonem. - To nie musiał być Valentine, ktoś może się pod niego podszywać, albo po prostu mógł wykorzystać sytuację, żeby zrobić nas w konia, więc powiedz mi, czy on traktował go jak syna i ktoś mógł chcieć wyrównać tak rachunki ? Charlie nie odpowiedział od razu. Poprawił lusterko. Henry zobaczył jak lekko drapie swoją brew, po czym usłyszał jego westchnięcie. - Nie. On woli być na równej stopie ze wszystkimi, a jeśli ma jakieś zatargi to prędzej płaci. Ma kasę na czarną godzinę... Ktoś mu kiedyś zamordował dziewczynę, za błąd jego ojca. Ponoć od tamtego czasu zerwał z nim kontakty, zmienił nazwisko 7 razy i wprowadził twarde reguły pracy u siebie, ale to tylko plotka powtarzana wśród jego pracowników. Raczej stara się być cieniem, który nie umie nacisnąć na odcisk. Henry skinął głową i spojrzał na Isabelle, która delikatnie dotknęła jego dłoni. Dziewczyna rzuciła mu niema oburzone spojrzenie, na które jednak nie zareagował. - Czy twój ojciec ma kontakty ze stadem w China Town ? - Słabe. Czasem, ale to kontakty z pracy. - Znasz Lucjana Graymarka ? - Nie. To on jest podejrzany ? - zapytał zerkając na nich, gdyż stali teraz na czerwonym świetle - A Luke'a Garrowaya ? - od razu zapytał Henry patrząc na drogę, a nie na pół-wilkołaka, który nieco gwałtownie ruszył. - To przywódca stada w China Town - powiedział pochmurnym głosem. - Jaka panuje o nim opinia ? - Dobry przywódca, spokojny, wszystko rozwiązuje na chłodny umysł, ciepły, pomocny... Moja dziewczyna jest z jego stada. Mówi, że jeszcze nigdy nie spotkała osoby, która byłaby dla niej tak ojcem, jak on... Nie ma dzieci, żony, dziewczyny... Jest sam, ale nie jest samotnikiem. Raczej wyciszonym, spokojnym facetem, który ma dla każdego wiele ciepła. - Nie ma z nikim zatargów ? To nie mógł być atak w niego ? Podważenie jego kompetencji ? - Nie. Każdy ze stada go lubi i szanuje. - Często odwiedzasz jego księgarnię ? - Stąd wiesz, że ją odwiedzam ? - Dłużej patrzyłeś na banknot niż na adres i ani razu nie sprawdziłeś, czy dobrze jedziesz, a robisz to bardzo pewnie, znając drogę na pamięć, więc ? - Moja dziewczyna nie mogła znaleźć pracy i jakiś czas pomagała mu w księgarni. Dowoziłem ją i odbierałem. Mieszkamy razem... - Gdzie teraz pracuje ? - Jest barmankom u Steve'a. - Jesteśmy - przerwała Isabelle okazując szyld księgarni Luke'a Garroway'a. Księga I : Rozdział 6 "Zapadła cisza" Co tam ludziki ? Piątek 13 dał się we znać, czy jednak wszystko poszło gładko ? No mam nadzieje, że tak i cali siądziecie teraz do czytania kolejnego rozdziału. Maryse zeszła do Sanktuarium. W środku czekał już Cichy Brat Jeremiasz i jej mąż. Zakonnik pochylał się nad ciałem chłopca, z wielkim zainteresowaniem przesuwając palcem o pergaminowej skórze po wypalonym symbolu Kręgu, który widniał na szyi. Przesunął ręką po czole chłopca odgarniając platynowe włosy i na chwilę otworzył jego powiekę, po czym zamknął ją i zrobił krok w tył. Wasza obawa, że mógłby być to Jonathan jest w pełni uzasadniona. Platynowe włosy, jasna cera... Gdyby nie oczy, można by było tak uznać - rozległ się w jej głowie jego spokojny głos. - Nigdy wcześniej się tak nie bałam - wyszeptała i podeszła do starego, kamiennego ołtarza, który został tu przyniesiony wiele lat przed tym, jak z mężem objęła Instytut. Przesunęła wzrokiem po szczupłym ciele nastolatka. W pierwszej chwili kiedy go zobaczyła serce jej prawie stanęło na myśl, że oto znalazła pod drzwiami martwego Jonathana Morgensterna, gdyż kolor włosów, cera i bransoletka oraz ten przeklęty symbol Kręgu by się zgadzał. Nie umiała powiedzieć jaką poczuła ulgę, kiedy Robert spojrzał w jego martwe oczy i zamiast zieleni zobaczył ciemną tęczówkę ze złotą obwódką zdradzającą likantropizm. Ale to była tylko chwilowa ulga, gdyż zaraz zdała sobie sprawę, z tego, że musi zgłosić to Clave, powiedzieć, według prawdy, że do ciała doprowadził ją magiczny kot, a potem zadzwonić do stada z China Town, jedynego większego stada w Nowym Yorku i zapytać, czy nie zaginął żaden młody wilkołak. Czuła niemal gulę w gardle kiedy szukała w książce z adresami i numerami do ważniejszych Podziemnych numeru do "Szmaragdowego* Wilka". Nie wiedziała co powiedzieć, kiedy ktoś odezwał się po drugiej stronie. - Tu Maryse Lightwood... - zaczęła. - Szefowa Instytutu ? Mam nadzieję, że to ważne o tej porze, bo może nie uwierzysz, ale wilkołaki też śpią w nocy... - mruknął zaspany, chropowaty męski głos. - Czy mogę z Pierwszym ? - zapytała po sekundzie ciszy. - Nie ma go. Tu Drugi, Alaric. Przekaże mu jeśli to coś naprawdę ważnego... - Znalazłam pod schodami... Martwego chłopca. Wilkołaka. Platynowe włosy, jasna cera, ciemne oczy... Szara bluza, spodnie i trampki całe mokre. Na nadgarstku miał bransoletkę. Czy jest jednym z was ? Jest z waszego stada ? - zapytała powoli, starając się, aby nie powiedzieć zaraz, że miał na szyi wypalony symbol Kręgu. - Bransoletka ? - zapytał wilkołak po drugiej stronie. Słyszała szuranie, jakby osuwał się po ścianie, lub przesuwał coś, co było na stole, gdzie stał telefon. - Czy... Czy była z zawieszkami ? Tablice z symbolem księżyca, gwiazdy, słońca i... - Wilczą łapą - dokończyła. Nastała chwilowa cisza w telefonie. Usłyszała krzyk mężczyzny skierowany do kogoś ze stada. - To Jasper... Zadzwonię do Pierwszego. Rano odbierze ciało... - Alaric... - wyszeptała przypominając sobie imię likantropa. - Instytut zaczął śledztwo. Poprosiłabym, aby pierwszy rano był w Instytucie. Obiecuje wam, że ciało Jaspera oddamy wam jak najszybciej, ale... Cisi Bracia muszą go zbadać. Chcemy ustalić co mu się stało, obiecujemy, że... - Nie czaruj - mruknął. - Zadzwonię do Pierwszego i mu to wszystko przekażę. To on będzie z tobą to uzgadniał, ale radzę, abyście nie robili na nim jakiś eksperymentów. Porozumienie niedługo ma być znowu odnawianie... - mruknął i rozłączył się. - Maryse, czy wszystko w porządku ? - zapytał Robert kładąc dłonie na jej ramionach. - Myślałam o tym wilkołaku. Jestem pewna, że oni już myślą, że to nasza sprawka. Każdy słyszał już pogłoski, że on wrócił... - Poczekamy, aż Pierwszy przyjedzie i wtedy się pomartwimy - mruknął po czym podszedł do ciała chłopca i delikatnie podniósł je aby, zanieść do powozu Cichego Brata. Henry położył się na łóżku i spojrzał na sufit, na którym grało teraz dogasające światło nocy nowojorskiej i wstający dzień. Bawił się swoim sygnetem uporczywie myśląc nad sytuacją, jaka mogła rozegrać się pod schodami Instytutu oraz jak to wpłynie na jego zadanie. Cóż, teraz przynajmniej oficjalnie przynajmniej dostanie inne zadanie i Jace może w końcu mu odpuści choć wcale jeszcze nic nie zrobił. Westchnął i przewrócił się na bok. Zerknął na nierozpakowane jeszcze rzeczy. Był pewny, że nie przeniosą go, ale mimo to nie chciało mu się rozpakowywać tego wszystkiego. Lekko uśmiechnął się widząc wybrzuszenie na torbie, które było spowodowane jego szkicownikiem i piórnikiem z akcesoriami do rysowania. Leniwie wstał z łóżka i podszedł do bagażu. Delikatnie odsunął zamek i wyjął najpierw najzwyklejszy, czarny piórnik z podstawowymi przyborami do rysowania, a potem czarny szkicownik. Przesunął po jego okładce bardzo delikatnie, z sentymentem, który zawsze odczuwał biorąc do ręki ten specjalny dla niego przedmiot. Nie oddałby go nawet za największe skarby świata. Otworzył go. Z prostego, niemal schematycznego szkicu uśmiechała się do niego twarzyczka piegowatej dziewczynki. Westchnął smutno patrząc na lekko krzywe oczy i pasemko włosów, które opadając na jej czoło bardziej przypominało bliznę, ale mimo tego był zadowolony z tej pracy, choć od jej narysowania minęło już prawie 7 lat. 7 lat. Prawie 2555 dni. Trochę ponad 61320 godzin. Ponad 3679200 minut z dala od niej, praktycznie bez kontaktu, widzenie jej tylko na nielicznych zdjęciach. Przez ten cały czas szkolił się, uczył, trenował, nabywał umiejętności potrzebne, aby w końcu wykonać zadanie jego życia. Spełnić swoje przeznaczenie, zakończyć niedokończone sprawy i przynajmniej zamaskować bliznę, zmazę, jaka została na jego duszy. Robert stał przed Instytutem, nad którym wreszcie skończyła się ta koszmarna noc i w końcu niebo zaczynało przyjmować coraz jaśniejszy kolor, nieco pomarańczowo-różowy wschodzącego słońca i błękit dnia. Neony zaczęły gasnąć, na ulice wychodziło coraz więcej Przyziemnych, rozpoczynających kolejny, zwykły dla nich dzień. Ptaki zaczynały śpiewać, a delikatny wiatr poruszał drzewami rosnącymi przy Instytucie. Mężczyzna jednak obserwował to wszystko nie z zachwytu, a z konieczności. Zatrzymywał wzrok na wszystkim co nie skierowałoby jego oczu w kierunku schodów, na których jeszcze kilka godzin temu leżał martwy chłopiec. Zimne, kamienne stopnie dalej nosiły na sobie jego krew, przypominającą widok jego sinego ciała. Cały czas uderzał stopą o ziemię, nie mogą spokojnie czekać na Pierwszego ze stada wilkołaków. Przy żonie zapewniał ją, że wszystko przebiegnie spokojnie i bez zbędnych scen, utarczek i kłótni, ale sam nie był tego taki pewien. Zachowanie Drugiego, jasno mówiło, że wilkołaki nie będą miały teraz za zadanie ułatwić pracy Instytutowi, a raczej oskarżyć go o zabójstwo jednego ze swoich, na dodatek nastolatka, który nie miałby szans w walce z doświadczonym i sprawnie bojowo Nefilim. Cała sytuacja była w bardzo niepokojących kolorach. Spojrzał chwilowo na drzwi Instytutu zastanawiając się o co Jia pyta Maryse i czy mają pomysł na wypadek, gdyby wilkołak byłby bardzo trudnym rozmówcą, któremu trzeba będzie przekazać informacje, że na szyi jego podwładnego był wypalony symbol Kręgu. Krąg. Przeszłość, która ciągle się za nim wlecze. Błąd młodości, który może zniszczyć nie tylko jego, ale całą jego rodzinę, obecnie cały jego świat. Złe decyzje, które zrobił na pewnym, niechlubnym dla niego teraz, etapie życia mogą teraz przekreślić szanse jego dzieci, zniszczyć jego rodowe nazwisko, którego historia nie oszczędzała pod względem wlotów i upadków. Zobaczył wreszcie parkującego po drugiej stronie ulicy vana, dość starego, nadgryzionego zębem czasu i użytkowania. Przełknął ślinę czekając, aż ktoś z niego wysiądzie. Kiedy kierowca pojazdu zrobił to, Robert sądził, że widzi ducha przeszłości, kolejnego, który postanowił przypomnieć mu co za symbol był mu boleśnie usuwany. - Coś długo ich nie ma - zauważyła Jia, przerywając ciszę, jaka zapadła w bibliotece. Oparła łokcie na blacie potężnego biurka, przy którym siedziała i spojrzała na Maryse i Hogde'a. Szefowa nowojorskiego Instytutu niespokojnie siedziała na fotelu cały czas nerwowo poruszając stopą i co kilka sekund patrząc na drzwi, zupełnie jakby co chwila słyszała kroki męża prowadzącego do nich Pierwszego z stada wilkołaków. Hogde natomiast siedział sztywno na kanapie wpatrując się w swoje dłonie, jakby widział w nich odpowiedź na wszystkie nękające ich pytania. - Pójdę zobaczyć co się dzieje - powiedziała Maryse chcąc wstać z fotela, kiedy drzwi się otworzyły. Najpierw pokazał się w nich Robert, nieco blady, jakby po spotkaniu z duchem. Po chwili jednak dla wszystkich było jasne, dlaczego tak wyglądał. Za nim bowiem stał żywy duch ich przeszłości. - Lucjan Graymark - wyszeptała Jia patrząc na brązowe, nierówne, kręcone włosy i niebieskie oczy, które w przeciwieństwie do oczu innych, wyrażały spokój, ale również wielki smutek. Pod nimi były cienie, które zdradzały nieprzespaną noc, co nikogo nie dziwiło, mimo zaskoczenia wiążącego się z pojawieniem się tej postaci. Miał wymięte, stare jeansy i flanelową koszulę, która tak jak spodnie wyglądała, jakby dawno nie spotkała żelazka. - Od lat już nikt tak do mnie nie mówi. Luke Garroway - przedstawił się i zszedł za Robertem po kilku stopniach do nich. - Pierwszy stada wilkołaków z China Town. Chciałbym zobaczyć Jaspera - powiedział patrząc na Jię, która nie mogła, tak jak inni wydobyć z siebie słowa. - Nie żyłeś... Zginąłeś przecież... Ponad 10 lat temu... - wyszeptał Hogde w końcu. - Nie. Valentine sądził, że mam romans z Jocelyn. Wystawił mnie na polowaniu na... - prychnął kręcąc głową. - Wilkołaki. Zmienili mnie, zamiast zabić... Dowlokłem się do domu Morgensternów... Valentine dał mi sztylet i kazał mi się zabić... Wtedy jeszcze nie zrozumiałem, że zrobił to specjalnie. Jak widać nie zrobiłem tego. Najpierw chciałem zabić tego, który mnie przemienił. Odnalazłem stado... Pierwszy mi to zrobił. Wyzwałem go na pojedynek i wygrałem. Nie miałem pojęcia, że przez to stałem się ich liderem... Kiedy dali mi to do zrozumienia zacząłem nowe życie. Wyniosłem się z Idrisu, kiedy dowiedziałem się, że Valentine uciekł, a Krąg się rozpadł. Nie chciałem być blisko takich wydarzeń, więc przybyłem tutaj, jakieś 10 lat temu. Zdobyłem nowy klan i zaszyłem się w kraju, gdzie każdy jest u siebie według Przyziemnych. To wszystko, a teraz chce zobaczyć Jaspera. - Przez 10 lat żyłeś pod naszym nosem ? - zapytała Maryse niemal z wyrzutem. - Sam nie wiedziałem, że to wy tu jesteście. Co prawda słyszałem pogłoski, że to wy już wcześniej, ale jakoś nie chciałem w to uwierzyć, mimo tego, że kilkoro przyjaciół marudziło mi, że ktoś od was łatwo wykorzystuje powodzenie nawet na Podziemnych... - Jace - prychnęła Maryse zakrywając dłonią oczy. - Pewnie on... - Raczej nie tylko, bo chyba on nie jest szatynką, choć mnie to nie interesuje, sprawy szczeniaków to sprawy szczeniaków. - Oprócz tego nastolatka, który jest teraz w Mieście Kości ? - zapytał Robert. - Jasper był jedynym z najspokojniejszych. Jego matka straciła męża przez nas, zginął z ręki Valentine'a... Myślicie, że jak się czuła wiedząc, że jej syn, jedynak, został znaleziony martwy pod Instytutem ? Pół nocy spędziłem przy niej bojąc się, że zrobi coś głupiego. Z resztą w tej chwili również są przy niej... - Widać, że ktoś dobrze wybrał cel - mruknęła Jia przeplatając palce. - Nie powiedziałaś, czemu tu jesteś - zauważył Luke. - Lightwoodowie rozumiem, są szefami. Hodge też nie powiedział czemu tu jest. Ja powiedziałem, wasza kolej. - Jestem Konsulem. Prowadzę tę sprawę razem z Instytutem - powiedziała i spojrzała na niego. W jego spojrzeniu od razu zobaczyła zdziwienie, ale niczego nie skomentował. - Zostałem tu zesłany. Nie mogę opuścić tego miejsca - powiedział Hogde. - A teraz powiedź, co ten chłopiec robił w tej okolicy ? - Nie mam pojęcia. Miał dostarczyć wołowinę, zamówienie, które czasem przyjmujemy, ale do innej części miasta. W ogóle to było bardzo blisko, może dwie przecznice od China Town. Martwili się, kiedy nie wrócił, ale ktoś wpadł na pomysł, że pewnie poszedł do przyjaciela, Przyziemnego ze Wzrokiem, syna jednego z handlarzy magicznymi przedmiotami, pewnie macie go jak o informatora. Dopiero po twoim telefonie Maryse zrozumieliśmy, że to jednak nie to... - Nie dzwoniliście do tego chłopca ? - zapytała Jia, zaskoczona brakiem reakcji wilkołaków. - Jasper czasami tak robił... To było w jego zwyczaju... Bardzo często traktował Petera jak ojca, skoro swojego nawet nie pamiętał... - Lucjan... Luke. Czy Valentine, albo Jocelyn kontaktowali się z tobą ? Wszyscy zobaczyli jak brwi wilkołaka uniosły się, a on sam nie ukrył swojego zdziwienia. Po chwili jednak widocznie oburzył się. - Myślicie, że żyłby gdyby się ze mną skontaktował ? Zmienił mnie w wilkołaka, zniszczył całe dotychczasowe życie, a wy myślicie, że go na herbatkę będę zapraszał ? Rozerwałbym go na strzępy, wyrwałbym mu wszystkie organy wewnętrzne, rozszarpałbym, za to co mi zrobił - warknął, powodując, że Jia sądziła, że zaraz stanie przed nią maszyna do zabijania w ciele wilka. - A co do Jocelyn... Kochała jego, nie mnie, podzielała jego ideały, więc niby jakim cudem chciałaby kontaktować się z brudnym, zapchlonym wilkołakiem ? Nie mającym dosłownie nic ? A z resztą, nawet gdyby mnie znalazła... Byłoby to już na marne. Nie jestem Lucjanem. Lucjan zginął podczas polowania. Zapadła cisza. - Doprawdy ? - zapytała cicho Jia. - Nie kontaktowali się z tobą ? Valentine był twoim parabatai, a Jocelyn i ty byliście od lat nierozłącznymi przyjaciółmi... - zaczęła przypominając sobie nierozłączną trójkę młodych Nefilim. - Nie przyswoiliście jeszcze, że jestem wilkołakiem ? Valentine wystawił mnie, kazał ze sobą skończyć, a Jocelyn... Gdyby mnie zobaczyła nazwałaby mnie bezwartościowym pchlarzem, pasożytem, którego należy usunąć. Sądzicie, że nie powiedziałaby tego ? - zapytał, po czym gorzko się uśmiechnął. - Ona podziela jego ideały, albo podzielała... Nie wiem. Nie znam ich od ponad 10 lat... Za to od tego czasu jestem Pierwszym w stadzie i mam za zadanie się nim opiekować, dlatego po raz ostatni mówię - chce zobaczyć Jaspera i zabrać jego ciało. Chcemy go pochować z godnością. - To zrozumiałe, ale najpierw chcemy wiedzieć co dokładnie mu się stało... - zaczęła Jia, ale przerwała widząc błysk w oczach Luke'a, błysk spowodowany nagłą, chwilową zamianą koloru jego tęczówek - z niebieskiej na żółtą. - Czemu mi nie mówicie ? - zapytał spokojnie. - Jestem zmęczony po tej nocy, całe moje stado ma żałobę i jest przestraszone. Mam dość gierek. - Miał symbol Kręgu na szyi. Musimy... To śledztwo oficjalne. W Instytucie jest pewien chłopiec, który będzie je prowadził w moim imieniu. To najlepszy Nefilim nowej generacji, wiele razy współpracował z Podziemnymi i wykonywał bardzo odpowiedzialne zadania. Zrobi wszystko aby... - Jak się nazywa ? Czy to Jace'a tak zachwalasz Jio ? - Nie. Henry Bellefleur... - Madeleine nie miała syna - zaprzeczył Luke marszcząc brwi. - Adoptowała go. Został znaleziony na ulicy Los Angeles. Jest bardzo utalentowany i na pewno doprowadzi tę sprawę do końca - zapewnił Robert widząc brak przekonania wilkołaka. - Dobrze. Tu macie adres mojej księgarni. Mieszkam na jej piętrze... - Nie mieszkasz, ze stadem ? - zapytała zdziwiona Maryse. - Nie. Wielu ze stada nie mieszka w starym komisariacie. To chyba normalne, czy dla was to dziwne, że wilkołak chce spać w ciepłym łóżku, w normalnej sypialni, a nie starej celi z materacem położonym na niezbyt czystej podłodze ? - Henry przyjedzie do ciebie. Porozmawiasz z nim o tej sprawie nieco później. Jest jeszcze wcześnie. Co do ciała oddamy wam je najszybciej jak się da. - Do widzenia. Trafie do wyjścia - zapewnił i wyszedł z biblioteki. *Zapomniałam jaki to był kolor po polsku... Wiem, że po angielsku to Jade Wolf, ale tłumaczy mi to jako nefrytowy zielony, a tam nie było nefrytu tylko inny odcień, więc jeśli ten szmaragdowy to błąd, to najwyżej poprawcie mnie w komentarzach, poprawie. Księga I : Rozdział 5 "Serio, tego nie rozumiesz ?" Hej moje kochane Ludziki !!! Wiecie jaka jest największa wada, mojego profilu w liceum - humana, jakby ktoś nie wiedział ? OGROMNA ILOŚĆ MATERIAŁU DO NAUCZENIA NA PAMIĘĆ ! I wiem, odezwie się teraz spora grupa ludzi, którzy powiedzą - wszędzie to jest. Ale nie wszyscy redagują sobie książkę, codziennie, żeby się przygotować do lekcji... Niech więc żyje 8 lekcji polskiego i 6 lekcji historii tygodniowo ! Nie, lubię to, ale sami wiecie, że bardziej lubię blogować. I po tym długim wstępie czas na sedno - 17 grudnia tego roku wybija mi 3 lata pisania blogów, głównie o DA - były inne, ale już ich nie ma :). No i pytanie do was - chcecie coś z tej okazji ? Nwm, czy coś co było na każdym moim blogu chyba, więc Dni, gdzie pytacie mnie o wszystko, są jakieś tapety, które możecie sb pobrać itd. itd. czy może chcecie jakiś live na Instagramie - isinusa00 przypominam - albo na Snapchacie coś - również isinusa00. Czy coś połączonego, nwm. Oczywiście, rozdział będzie bo to piątek, więc o to nie musicie się martwić. Ps. Wiem, że chcecie Clary, ale... Znacie mnie, co poniektórzy i uwierzcie. Na razie musi wam wystarczyć Lily na nagłówku. Przepraszam za utrudnienia, ale taki mamy klimat :). - Czy muszę na głos przyznawać mu rację ? - zapytał Alec podchodząc do swojego parabatai, który dalej leżał nieruchomo na ziemi wpatrując się w sufit niemal pustym, niewyrażającym żadnego uczucia spojrzeniem. - A czy możesz się zamknąć ? Lub nie. Powiedź mi dlaczego on radzi mi jak ocalić Morgensternów ? Przecież on jest od Clave, on... - Bo może, mimo iż ich nie znał i jest wysłany z rozkazu Clave, również nie wierzy w ich winę. - Podał mu rękę. Jace chwycił się jej i ostrożnie podniósł się nie dotykając wbitego, w przerwę między deskami, miecza. - Cóż, jestem przynajmniej pewny, że podłoga mu się nie podobała... - Mama będzie zła... - Albo uzna tę dziurę jako super miejsce na wetknięcie jakiegoś manekina na kiju, czy czegoś takiego... W ogóle gdzie Iz ? - Poszła z Henrym. Uwierz lub nie, ale wolała odprowadzić go do pokoju w taki sposób, żeby nie natrafił na mamę... Woli abym najpierw załatwił to z Magnusem... - Jak niby masz to z nim załatwić ? - zapytał Jace nie ukrywając zdziwienia. - Wymieni czarami deskę podłogową... Może mama się nie zorientuje. - Suma sumarum - dobrze, że Max tego nie widział. Nie popisałem się... Dałem się zrobić jak głupi dzieciak. - Wiem jak cię pocieszyć - powiedział Alec kładąc dłoń na jego ramieniu. - Nie ty pierwszy i nie ostatni z nim przegrałeś. Nie masz się co mazać, skoro przegrałeś z osobą, z którą przegrać wcale nie jest trudno. - Miło, że zaliczam się do długiej, według ciebie, listy pokonanych przez Henry'ego Bellefleur... Od razu mi się cieplej na sercu zrobiło - mruknął sarkastycznie kładąc swoje dłonie nad sercem i robiąc grymas, który miał być wyrazem ulgi. - A tak na serio - nigdy nie pisz przemów na pogrzeby... No chyba, że chcesz uciekać przed "pocieszonymi" żałobnikami. To już twoja decyzja. - Może i przegrałeś, ale twój humor jest po prostu w szczytowej formie. Może następnym razem też przegrasz z nim pojedynek, a później wystąpisz przed publicznością ? Zarobisz miliony. - Nie. Z większym powodzeniem zagrałbym... Hamleta. - A nie Rolanda ? Alec usłyszał parsknięcie. Jace powstrzymał się od śmiechu. Szatyn odwrócił się do niego i zobaczył jak ten przeczesuje swoje włosy i patrzy na niego z uśmiechem. - Ja nie umrę pod świerkiem ? Sosną ? - zastanowił się chwilę, po czym pstryknął palcami. - Sosną ! Ja nie umrę pod sosną... Co najwyżej pod wieżowcem, lub pod metrem... W końcu to Nowy York. - Ty naprawdę musisz częściej przegrywać. Twój humor jest wtedy czarny jak demon jakiś... - Zobaczymy jaki będzie twój, kiedy Maryse zobaczy tę dziurę... - Właśnie dlatego może już chodźmy stąd... Nie chce tu wtedy być, choć może nie przyjdzie. Dziś jest sobota, jutro niedziela, więc bez treningów... Mamy szanse, że się o tym nie dowie. - To głupie. My się tym przejmujemy, kiedy Henry to zrobił... - Ale to i tak będzie twoja wina, bo ty go sprowokowałeś do : a. pojedynku b. takiego rozwiązania. Gdybyś zamknął jadaczkę nic by się nie stało i ona będzie o tym doskonale wiedziała. Twoje złote usta są już zbyt słynne... - Och, daj mi w końcu spokój. I nie nazywaj mnie tak. To nie ja nakładam sobie tonę brokatu na twarz... - mruknął wychodząc z sali. - A potem obsypuje nim chłopaka, który wraca do domu wyglądając jak kula dyskotekowa... - Możesz się zamknąć ? - zapytał Alec, sprawiając, że Jace roześmiał się. Chłopiec szedł ulicą China Town. Dłonie miał w kieszeniach szarej bluzy z kapturem, która była już przemoknięta, tak jak trampki chłopca i nogawki jego spodni, ale mimo to nie przyspieszał kroku i nie specjalnie omijał kałuże. Na chwilę wyciągnął rękę z kieszeni, żeby zebrać platynowe włosy z czoła, z których woda spływała mu prosto w ciemne oczy. Wcisnął znów rękę do kieszeni, przy czym zabrzęczała jego bransoletka na nadgarstku. Kopnął puszkę prosto do kałuży, w której odbijał się jakiś nie zgaszony neon zamkniętego już salonu tatuażu. Wpadając do wody ochlapała buty jakiegoś mężczyzny. Chłopiec widział dokładnie jedynie właśnie te buty. Czarne, skórzane buty. Henry usłyszał dosłowne walenie w drzwi jego pokoju. Przekręcił się na drugi bok i chwycił telefon, który po raz pierwszy od jego wizyty we Francji był włączony. Odpiął go szybkim, nerwowym ruchem od ładowarki. Na wyświetlaczu pokazała mu się wczesna, nawet dla niego, godzina Jęknął, kiedy kolejny raz osoba za drzwiami uderzyła w nie. - Otwarte, do Miecza Anioła - warknął skopując z siebie kołdrę. Usiadł na krawędzi łóżka, kiedy do pokoju wszedł Alec, równie zaspany jak on, w luźnych, szarych spodniach i czarnej koszulce, w trampkach, których sznurówki, zostały wepchnięte do środka buta. - Moja mama woła. Chooodź - powiedział ziewając jeszcze. - Na Anioła, o czwartej rano ? Nawet ja nie wstaje przed szóstą z łóżka - burknął i wstał, po czym przeciągnął się i pochylił się po buty. Wsunął w nie tylko bose stopy, nie mając zamiaru nawet ich sznurować, gdyż nie sądził, aby chodziło o jakąś natychmiastową akcję, wymagającą opuszczenia murów Instytutu. - Nieee mam pojęcccia, ale taaakie poraanki sprawiają, żeeeeee - przerwał zasłaniając usta jedną ręką, kiedy po policzkach popłynęły mu dwie łzy od ziewania. Wytarł je drugą ręką. - Sorry, ale tak późno się położyłem, że nie wiem czy choćby dwie godziny spałem. - Magnus pisał ? Nie, żebym był ciekaw, ale... - Pisałem do niego o podłogę. Wolę, aby moja mama tego nie widziała - przyznał szatyn wychodząc z pokoju. Henry zamknął drzwi i rzucił mu szybkie spojrzenie. - Ale wiesz, że to ja biorę odpowiedzialność za te podłogę ? Zapłacę jak coś, czy... Poniosę konsekwencje... - Żartujesz ? Moja mama i tak zrobi kłótnie Jace'owi, za jego zachowanie. Zna go za dobrze i wie, że to on cię sprowokował do... Takiego środka. Pozaaa... Kurczę ! Poza tym podłoga i tak zostanie niedługo naprawiona, więc... - Faktycznie się nie wyspałeś - mruknął Henry i odgarnął szybkim ruchem włosy z czoła, po czym wetknął je za ucho, żeby nie wpadały mu w oczy. - Mam nadzieję, że to naprawdę ważne, bo już nie usnę... - Inaczej by raczej nie kazali by nas budzić tak wcześnie... Gdyby to było coś, co może poczekać to poczekaliby. - Oby - mruknął wchodząc do biblioteki. Pomieszczenie oświetlone było płomieniem na kominku, który się lekko tlił i kilkoma lampami, które rozwiewały cienie wczesnej pory. Maryse stała już ubrana przy kominku patrząc na Jace'a i Izzy, którzy już siedzieli na fotelach i w ciszy wymieniali się jeszcze zaspanymi spojrzeniami. - Jesteśmy już wszyscy. Mam nadzieję, że jesteście dość przytomni, aby wszystko zrozumieć... - Mamo, ale zanim zaczniesz krzyczeć... Magnus powiedział, że wymieni, albo naprawi tę dziurę w podłodze, więc spokojnie... - zaczął Alec opadając na kanapę, podczas, gdy Henry stanął za fotelem, na którym siedziała Izzy i położył swoje ramiona na oparciu wysokiego fotela, aby się oprzeć na nim i przez chwilę ukryć twarz w rękach. - Jaka dziura w podłodze ? - zapytała zaskoczona kobieta mierząc wzrokiem całą trójkę. - Jace, Alec, Izzy, Henry, co się stało, a o czym nie wiem ? - zapytała jeszcze raz widząc, że żadne nie ma teraz ochoty o tym mówić. - Nic wielkiego... Zepsułem podłogę pojedynkując się wczoraj z Jace'em. Po prostu wbiłem miecz w przerwę między deskami... - mruknął Henry, przeczesując swoje włosy i patrząc zaspanym spojrzeniem na Maryse. - Ale... Nie ważne. - Machnęła lekceważąco ręką drugą rozmasowując czoło, jakby dostała nagłego bólu głowy. - Mamy ważniejsze sprawy. Jakąś godzinę temu ktoś podrzucił nam pod drzwi Instytutu ciało nieletniego wilkołaka. - Kto o tej porze wychodził z Instytutu, że zostało to zauważone tak wcześnie ? I skąd wiadomo, że godzinę temu ? - zapytał od razu Henry, któremu na tę wieść od razu zapaliła się czerwona lampka w głowie, która go od razu rozbudziła. - Źle się wyraziłam. Godzinę temu znalazłam go z Robertem, a o jego ciele powiadomił nas... Wiem, że to zabrzmi teraz niewiarygodnie, ale Church. To kocisko w dość okropny sposób obudziło mnie i Roberta. Zaprowadził nas prosto do zwłok. On obudził Hogde'a, który zawiadomił Cichych Braci, a ja obudziłam Jace'a i Alec'a. Clave jest już zawiadomione. Niedługo przyjedzie Konsul Jia Penhallow... - To pewnie wampiry. Późna noc, wilkołak... Wszystko pasuje do nich - mruknął Jace przyglądając się zaspanym wzrokiem swoim paznokciom. - Musicie wiedzieć, że na szyi tego chłopca... Ktoś wypalił mu symbol Kręgu. Jeszcze przed dziewiątą zjawi się Pierwszy z pobliskiego stada, a przynajmniej powinien... - To już z nim rozmawiałaś ? - zapytał Alec rozbudzony już. - Na telefon, jaki mamy podany, odebrał Drugi... Pierwszego nie było, więc mam nadzieję, że dostanie informacje i powie coś więcej o tym chłopcu... A poza tym bardzo bym sobie życzyła, żebyście nie budzili jeszcze Maxa, zrobili sobie śniadanie, a kiedy on się obudzili zajęli się nim. Nie chce, aby się dowiedział o tym incydencie, zrozumiano ? - A Henry ? - zapytała Izzy, zanim chłopak otworzył usta, aby o to samo zapytać. - Nie wiem. Konsul odpisała, żeby był w pogotowiu, więc moim zdaniem najlepiej będzie jak zostaniesz w swoim pokoju, żeby cię nie szukać - zwróciła się prosto do niego, a on skinął głową na znak, że rozumie. - Pewnie będzie miała dla ciebie jakąś specjalną misję. - Jaka szkoda... Ledwie tu zanocowałeś, a oni już cię zabiorą... - mruknął Jace uśmiechając się złośliwie. - Nie sądzę Herondale. Nie zaczynaj nawet za mną tęsknić. Inkwizytor nie zmienia szybko zdania, więc pewnie będę miał zadanie tu, na miejscu. - I właśnie moja Arkadia się skończyła, zanim się zaczęła... - Och, nie przesadzaj. Jedna porażka z obecnie najlepszym Nefilim naszego pokolenia to prawie nie porażka. Z resztą, powinieneś to potraktować tylko jako rozgrzewkę lub lekcje. To nie było nic widowiskowego, ani specjalnie trudnego. - I tak kiedyś zmiotę cię z powierzchni podłogi, którą zepsułeś... - Do dyspozycji - odpowiedział uśmiechając się złośliwie. - Ale po pierwsze bez niszczenia podłóg, a po drugie nie w najbliższym czasie. A teraz do tematu - rozejść się cicho, bo ja muszę iść do Cichego Brata, który za chwilę przyjedzie zabrać zwłoki do Miasta, zbadać je pod kątem kto lub co i w jaki sposób zabiło tego chłopca. - To on jest jeszcze w Instytucie ? - zapytał Jace zatrzymując się wpół kroku, gdyż już chciał wyjść z biblioteki. - Nie możesz go zobaczyć Jace i nawet nie próbuj. Już samo to, że jedynym świadkiem i istotą, która znalazła ciało jest gruby, nieśmiertelny pers bardzo komplikuje sprawę. Inkwizytor i całe Clave jest teraz bardzo nieufne względem byłych członków Kręgu, a nawet ich dzieci, więc powstrzymaj się od głupstw i ryzyka na razie. - Naprawdę aż tak uczepili by się, gdybym zobaczył zwłoki, które zaznaczam, zostały znalezione na schodach naszego Instytutu ? - zapytał akcentując dość mocno słowo "naszego". - Serio tego nie rozumiesz ? - zapytał Henry, po czym prychnął. - Nawet jeśli chcesz to zrobić, żeby przynajmniej określić typ stworzenia, które to zrobiło, Clave oskarży cię, że zniszczyłeś ślady, albo coś podrzuciłeś, albo jeszcze, że podziwiasz dzieło kogoś, kogo znasz. Uwierz mi, mogą wysunąć takie wnioski, nawet jeśli nikomu spoza ich małego gremium, tego nie powiedzą. Znam sporą część tych gryzipiórków, na moje nieszczęście. Łatwo im wszystkim mówić o sytuacjach, w których nigdy się nie znaleźli, albo nie znajdą i nie mają o nich bladego pojęcia. Banda Cyceronów* i tyle - warknął Henry, po czym minął go i spojrzał na Maryse, która zmarszczyła brwi. - Będę siedział u siebie i czekał na świadka-kota, który pewnie po mnie wpadnie. - Tak. Prawdopodobnie to on po ciebie przyjdzie. - Miłego dnia, o ile jeszcze można go tak nazwać - powiedział i wyszedł z biblioteki nie zwracając uwagi na pilne spojrzenia wszystkich. *Banda Cyceronów - chodzi o to, że Cyceron, rzymski pisarz, mówca był po prostu hipokrytą, czyli jedno głosił, a robił drugie... A niby co takiego ? Cóż, mówił, że człowiek powinien być jak kamień i nie reagować na przeciwności losu... Kiedy zmarła mu córka przeżywał, cierpiał i kryzys - co jest normalne, ale wiecie... Mówił, że nie powinno to ruszać człowieka... A to tylko jeden z kilku takich przypadków jego twierdzeń, sprzecznym z zachowaniem.
The Owl version of Jace is going to make our beloved Shadowhunter do some truly terrible things to the people he loves. But he still has hope that Jace and Clary can find their way back to each zapytał(a) o 21:32 To w końcu Clary i Jace są rodzeństwem czy nie ? Obejrzałam film Dary Anioła : Miasto Kości i mam zamiar sięgnąć po książkę . Ale ja po prostu muszę wiedzieć jak to z nimi jest czy są rodzina czy nie bo ja mam uraz do takich wątków np;Kaname i Yuuki z Vampire Knight . Odpowiedzi blocked odpowiedział(a) o 21:34 no ale jak to jest ? tak ;) i tam bym przeczytała chociażbyś zakończenie mi powiedziała ponieważ zawsze zanim czytam ksiazke patrze na ostatnią strone :D trudno mnie zrazić , no chyba że kazirodztwem Uważasz, że znasz lepszą odpowiedź? lub jace and clary get together and Clary goes back to school as a mundane but she will also be learni 𝐅𝐄𝐄𝐋𝐈𝐍𝐆 𝐄𝐏𝐈𝐂━━━ shadowhunters 35 parts Ongoing
Lista dietetycznych hitów z warzywniaka obejmuje produkty ze względu na swój skład szczególnie korzystne dla ciężarnych, ale oczywiście nie musisz się do nich ograniczać. Warzywa i owoce to niezbędny składnik codziennej diety w ciąży. Warzywa i owoce to żywność naturalna, nieprzetworzona, konieczna dla zachowania zdrowia. Niektóre z warzyw i owoców zawierają składniki o szczególnie korzystnym działaniu na organizm podczas ciąży. Przeczytaj albo posłuchaj, które z warzyw najbardziej służą przyszłej mamie. Warzywa i owoce w ciąży to ważne elementy diety kobiety o oczekującej dziecka. Nasza lista dietetycznych hitów z warzywniaka obejmuje produkty ze względu na swój skład szczególnie korzystne dla ciężarnych, ale oczywiście nie musisz się do nich ograniczać. Im bardziej urozmaicony będzie twój jadłospis pod względem zawartości warzyw i owoców w ciąży, tym mniejsze ryzyko niedoborów minerałów i witamin. Spis treściDlaczego w ciąży warto jeść warzywa i owoce?Warzywa i owoce w ciąży: awokadoBananyBurakiCzosnekFigiJabłkaKapusta kiszonaKiwiMalinyWarzywa i owoce w ciąży: orzechy włoskiePomidorySzpinakŚliwkiWarzywa strączkoweŻurawina 10 owoców i warzyw, które służą ciąży Dlaczego w ciąży warto jeść warzywa i owoce? Specjaliści zalecają, by każdego dnia zjeść 5 porcji warzyw i owoców. Porcja to może być talerz zupy jarzynowej, szklanka soku, jabłko czy banan, porcja sałatki, garść malin czy jagód. Ważne, by produkty te wchodziły w skład każdego posiłku. Dlaczego to takie istotne? Otóż warzywa i owoce to skarbnica witamin i mikroelementów, które trzeba wraz z dietą dostarczać na bieżąco. Są także jednym z najlepszych źródeł błonnika i pektyn, które usprawniają pracę jelit, likwidując częste w ciąży zaparcia i wymiatając z organizmu toksyczne produkty przemiany materii. Warzywa i owoce zapobiegają zakwaszaniu organizmu i zgadze. Większość produktów roślinnych zawiera potas, który pomaga się pozbyć nadmiaru wody z organizmu, co łagodzi obrzęki. Ponadto dostarczają łatwo przyswajalnych cukrów i roślinnego białka. Najwartościowsze są produkty surowe; te, które trzeba ugotować, lepiej przyrządzać na parze. Czytaj: Zdrowe odżywianie w ciąży: jak powinna wyglądać dieta ciężarnej Warzywa i owoce w ciąży: awokado To jedyny owoc bogaty w niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe (NNKT). Jego największą zaletą jest spora zawartość kwasu foliowego, który wspomaga rozwój układu nerwowego dziecka i zapobiega jego wadom wrodzonym. Jest dobrym źródłem białka roślinnego, które razem z białkiem zwierzęcym jest podstawowym budulcem komórek. Zawiera także witaminy z grupy B i magnez, które pomagają w łagodzeniu stresu i wahań nastroju. To owoc nieco mdły – warto go jadać w pikantnych sałatkach. Czytaj: Produkty zakazane w ciąży: zobacz, czego nie wolno jeść w ciąży Banany Są doskonałym źródłem magnezu i witaminy B6, które warunkują prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego i zapobiegają nieprzyjemnym skurczom łydek, a także potasu, który pomaga się pozbyć nadmiaru wody i łagodzi obrzęki. Te sycące owoce dostarczają większości potrzebnych dla zdrowia minerałów – wapnia, fosforu, fluoru, żelaza oraz licznych witamin, takich jak A, C, E. Ponadto są dobrym źródłem kwasu foliowego. Banany zawierają również nieco witaminy D, która ułatwia przyswajanie zawartego w nich wapnia. Spora zawartość błonnika w miąższu bananów zapobiega zatwardzeniu. W bananach znajduje się także tryptofan, substancja wpływająca korzystnie na poprawę nastroju. Dla ciężarnej są wręcz idealne na przekąskę między posiłkami – szybko dostarczają energii, sycą na dłużej i poprawiają humor. Czytaj: Humory w ciąży: winna dieta w ciąży a nie burza hormonów? Buraki Z uwagi na zawartość witamin z grupy B, wspomagających proces tworzenia się czerwonych krwinek, zapobiegają anemii. Zawierają szczególnie dużo witaminy B9, czyli kwasu foliowego – 200 g buraków pokrywa połowę dziennego zapotrzebowania na tę witaminę. Buraki działają przeczyszczająco i odkwaszająco, są więc idealnym środkiem na zaparcia i zgagę. Najbardziej wartościowy jest świeżo wyciśnięty sok. A gotować lub piec buraki najlepiej jest w łupinie. Czosnek To naturalny antybiotyk. Związki siarki zawarte w czosnku działają bakteriobójczo, a substancje, takie jak glikozydy, witaminy ( A, z grupy B, C), wapń, jod, cynk czy żelazo zwiększają właściwości obronne organizmu, przez regulowanie reakcji komórek układu immunologicznego. Badania wykazały ponadto, że regularne przyjmowanie czosnku może obniżać poziom złego cholesterolu (LDL) i łagodnie obniżać ciśnienie tętnicze krwi. Specyficzny zapach czosnku możesz neutralizować, żując świeże listki pietruszki. Czytaj: Naturalne antybiotyki, które możesz stosować w ciąży Figi W 100 g suszonych fig jest tyle wapnia, ile w szklance mleka. Ich dodatkowym atutem jest właściwy stosunek wapnia do fosforu, umożliwiający optymalne wykorzystanie obu pierwiastków przez organizm. Figi zawierają ponadto żelazo, potas, magnez. Mają najwyższą wśród suszonych owoców zawartość błonnika pokarmowego, dzięki czemu poprawiają perystaltykę jelit i zapobiegają zaparciom. Zawierają ponadto fitosterole, związki mające zdolność hamowania syntezy cholesterolu w organizmie i obniżania jego poziomu we krwi. Warto mieć zawsze przy sobie kilka sztuk – to zdrowa, sycąca przekąska. Jabłka Cennym składnikiem tych owoców są pektyny. To mieszanina węglowodanów, mająca właściwości oczyszczające z toksyn, gdyż wiąże niektóre metale ciężkie i pomaga wydalać je z organizmu. Ponadto pektyny zmniejszają wchłanianie cholesterolu, regulują perystaltykę jelit, przeciwdziałają zaparciom. Ale takie właściwości mają tylko pektyny surowe. Najlepiej więc jeść jabłka na surowo, tym bardziej że spośród witamin obecnych w jabłkach najważniejsza jest witamina C, wrażliwa na wysoką temperaturę. Wspomaga ona przyswajanie żelaza, którego pewne ilości zawarte są w jabłkach. Surowe jabłko zjedzone przed posiłkiem wzmaga apetyt, tarte jabłka pomagają na biegunkę i niestrawność. Najwięcej witamin i pektyn jest tuż pod skórką i w samej skórce, lepiej więc jeść nieobrane jabłka (uprzednio dokładnie je umywszy). Kapusta kiszona Jest wartościowym źródłem witaminy C i prebiotyków. Ponadto zawiera spore ilości witamin B6, B12 i K oraz potasu, wapnia, cynku i żelaza. Bakterie kwasu mlekowego zawarte w soku z kiszonej kapusty wspomagają trawienie i niszczą niekorzystne drobnoustroje znajdujące się w jelitach, a wraz z błonnikiem pobudzają ruch robaczkowy jelit. Czytaj: Ciążowe zachcianki: czy ogórki kiszone są zdrowe? Kiwi To jedno z najbogatszych źródeł witaminy C – jeden duży owoc pokrywa dzienne zapotrzebowanie na tę witaminę. Kiwi jest też bogatym źródłem witaminy E, kwasu foliowego, a także potasu oraz pektyn, pomaga więc obniżyć poziom złego cholesterolu, przeciwdziała zaparciom, ma właściwości moczopędne, łagodzi obrzęki. Jest naturalnym środkiem wspomagającym leczenie przeziębienia. Czytaj: Dieta na mdłości w ciąży: co jeść, by zwalczyć nudności Maliny Stanowią bogate źródło witaminy C, kwasu foliowego, potasu oraz cynku. Ich pestki zawierają dobroczynne dla działania układu pokarmowego pektyny. Jednak największą ich zaletą jest zawartość kwasów askorbinowego i salicylowego, dzięki którym działają jak naturalna aspiryna. Sok z malin ma właściwości napotne i przeciwzapalne. Malinowe olejki eteryczne działają natomiast rozgrzewająco i antyseptycznie. Napar z owocu maliny z dodatkiem soku malinowego to doskonały środek wspomagający leczenie przeziębienia. Czytaj: Dieta w ciąży: naturalny sposób na problemy zdrowotne przyszłej mamy Warzywa i owoce w ciąży: orzechy włoskie Mają wysokie stężenie kwasów z grupy omega-3, kluczowych dla rozwoju układu nerwowego i mózgu dziecka, warto więc wzbogacić w nie jadłospis, jeśli nie lubisz bogatych w te kwasy ryb. Orzechy włoskie zawierają kwas foliowy niezbędny do prawidłowego rozwoju płodu. Są także dobrym źródłem fosforu, żelaza, wapnia, potasu, magnezu i cynku, witamin E i B6. Podobne zalety ma olej z orzechów włoskich, doskonały do stosowania na zimno, np. do sałatek. Kupuj orzechy w łupinach, które są dla nich naturalnym opakowaniem; te łuskane łatwiej wysychają i pleśnieją. Pomidory Zawierają sporo witaminy C, witaminę A oraz witaminy z grupy B (wpływające korzystnie na układ nerwowy), a także magnez i fosfor. Pomidory to jedno z najlepszych źródeł potasu, który zapobiega obrzękom i obniża ciśnienie krwi, zapewnia prawidłowe funkcjonowanie układu krążenia. Sok pomidorowy warto pić podczas upałów, gdy wraz z potem organizm traci sporo tego pierwiastka. Pomidory są niskokaloryczne i z uwagi na zawartość witaminy PP usprawniają metabolizm cukru, warto je włączyć do diety w cukrzycy ciążowej. Jednak najbardziej znany jest z zawartości antyutleniacza – likopenu, chroniącego komórki przed niszczącym działaniem wolnych rodników. Pomidory jadaj w sałatkach z dodatkiem oliwy, gdyż zwiększa ona przyswajalność likopenu. Przetworzone pomidory (sosy, przeciery, keczupy) zawierają go więcej niż świeże. Szpinak To bogate źródło cennego kwasu foliowego, beta karotenu i witaminy C. Żelazo zawarte w szpinaku jest łatwo przyswajalne przez organizm. Gotowanie powoduje utratę znacznej ilości kwasu foliowego, młode listki lepiej więc jadać na surowo, np. w sałatkach, lub gotować bardzo krótko. Szpinak ma jedną wadę: utrudnia przyswajanie wapnia. Warto więc przyprawiać go śmietaną lub serem. Śliwki Zawierają sporo pektyn. Razem z kwasami organicznymi – winowym i jabłkowym – działają one jak miotła na przewód pokarmowy i gromadzący się w komórkach tłuszcz oraz cholesterol. Rozmoczone śliwki to doskonały środek na zaparcia. Najbardziej wartościowe pod tym względem są węgierki i renklody. Ponadto śliwki zawierają potas, żelazo, magnez, wapń i fosfor. Mają też sporo witamin z grupy B, dlatego cieszą się opinią owoców wpływających kojąco na układ nerwowy i poprawiających samopoczucie. Warzywa strączkowe Fasola, groszek, ciecierzyca, soczewica i bób dostarczają sporo błonnika, który wspomaga trawienie, wymiata toksyny, reguluje poziom cholesterolu. Warzywa te są także bogate w cenne białko roślinne i skrobię; są zatem nieodzowne zwłaszcza w diecie mamy-wegetarianki. Mają sporo witamin z grupy B, kwasu foliowego. Aby nie powodowały wzdęć, przed ugotowaniem warto je wymoczyć, a po zagotowaniu wylać wodę i ugotować w świeżej. Czytaj: Błonnik pokarmowy w diecie ciężarnej. Co daje błonnik w ciąży? Żurawina Wzmacnia odporność, wspomaga leczenie przeziębienia, a przede wszystkim słynie z korzystnego wpływu na układ moczowy. Hamuje osadzanie się bakterii E. coli na ściankach dróg moczowych, ogranicza ich namnażanie i zapobiega w ten sposób infekcjom dróg moczowych. Owoce żurawiny chronią także wyjątkowo wrażliwe dziąsła przyszłej mamy, utrudniając przyleganie do szkliwa bakterii wywołujących próchnicę, choroby dziąseł i przyzębia. Suszone owoce zawierają ponadto pektyny, a także sporo witamin, C, B1 i B2, oraz potas, fosfor, wapń i żelazo. miesięcznik "M jak mama"
The tendency for peak flow changes, expressed in percentage, to decrease as the flow gets larger has long been recognized (Hewlett, 1982, Pearce et al., 1980) and confirmed by recent reviews (Beschta et al., 2000, MacDonald et al., 1997, Thomas and Megahan, 1998) although exceptions can be found (Verry et al., 1983, Clary et al., 1974).
- Cześć, nie przeszkadzam?- spytał siadając koło niej. - Hej. Wiesz, że ty nigdy nie przeszkadzasz. - No tak, to też fakt- powiedział uśmiechając się. Clary pierwszy raz widziała go uśmiechniętego od tamtego zdarzenia nad Jeziorem Tak w ogóle, to chciałem Cię o coś powiedział. -Wal śmiało odpowiedziała spokojnie. - To nasza ostatnia noc w Idrysie, chciałbym ją spędzić z złapał ją za rękę. - Czy ty mówisz ooo...?- zapytała,brakło jej słów. -Nie, nie chodzi mi o to, tylko chcę położyć się przy tobie i jutro obudzić się razem z powiedział łagodnym głosem. -Tak. Jace, wiesz, że Ty zawsze masz pozwolenie?- spytała uśmiechając się krzywo. -Teraz już wiem. A tak w ogóle nie rozmawialiśmy ze sobą powiedział. - Teraz odpowiedziała - Clary? - Tak Jace? - Kocham Cię. powiedział i pocałował ją namiętnie. Nie tak jak zwykle, tylko bardziej odważnie, tak jakby chciał jej coś powiedzieć przez ten pocałunek. - Ja Ciebie też- odpowiedziała między pocałunkami. - Dobra, a teraz chodźmy już spać- powiedział. - Dobra- odpowiedziała. Położył się na wielkim łóżku. Jeszcze chwilę rozmawiali, ale parę minut potem zaś eli przytuleni do siebie. Monika<3
I'd like to dedicate this video to beauty lover11 (Chelsea Lawson ) she is 11 years old and loves the shadowhunters enjoy hunny xxxSong ~ Love Me Like You Do Clarissa "Clary" Adele Fairchild-Morgenstern, która przez lata wiodła życie przyziemnej jako Clarissa ,,Clary'' Adele Fray, jest córką Jocelyn Fairchild i cieszącego się złą sławą przywódcy Kręgu, Valentine'a Morgensterna. Wychowana przez matkę, latami nie wiedziała nic o swoim pochodzeniu. Gdy okazało się, że Valentine wciąż żyje, ich życie przewróciło się do góry nogami. Clary wraz z grupą zaprzyjaźnionych łowców demonów musi wyruszyć, aby uratować swoją porwaną matkę. Z powodu eksperymentów, które przeprowadzał na niej ojciec, w jej żyłach płynie więcej anielskiej krwi, niż u innych Nocnych Łowców. Dzięki temu otrzymuje wyjątkową umiejętność tworzenia nowych run. Biografia[] Przed narodzinami[] Clarissa Morgenstern jest dzieckiem Valentine'a Morgensterna i Jocelyn Fairchild. Zgodnie z życzeniem jej matki została nazwana Clarissa Adele Morgenstern, chociaż jej ojciec chciał, by przyjęła imię po swojej babce, Seraphinie. Jocelyn obróciła się przeciw planom swojego męża kilka miesięcy przed porodem. Krótko po urodzeniu swojego pierwszego dziecka, matka Clary cierpiała na depresję spowodowaną osobiliwym uczuciem odrzucenia, jakim darzyła swojego pierworodnego, Jonathana. Chcąc pomóc Jocelyn, Valentine w tajemnicy podawał jej krew anioła Ithuriela, licząc iż to "wyleczy" ją z depresji. Nieświadomy, że kobieta jest w ciąży, uczynił swoją córkę Clary ofiarą niezamierzonego eksperymentu. Ostatecznie, Jocelyn zaczęła spiskować razem z Lucianem Graymarkiem przeciwko Valentinowi. Najpierw chciała po prostu odejść od Valentina, ale świadoma, że nigdy nie dałby im spokoju, liczyła, iż w czasie powstania zostanie zabity, a tym samym przyszłość jej i dziecka zostanie zabezpieczona. Gdy, jak jej się wydawało, razem z Lucianem dopięli swego, opuściła świat Nocnych Łowców. Uważając, że Valentine zamienił jej pierwsze dziecko w potwora, nie zamierzała pozwolić by to samo stało się z drugim. Uciekła do Nowego Jorku, aby wychować Clary z daleka od swojej przeszłości. Tutaj przyjęła nazwisko Fray. Dzieciństwo[] Jocelyn miała nadzieję, że Clary nie będzie w stanie dostrzec Świata Cieni (niektórzy Nefilim potrzebują treningu, by przebudzić swoje wewnętrzne oko). Gdy pewnego razu zobaczyła swoją dwuletnią córkę bawiącą się z wróżkami w parku zdała sobie jednak sprawę, że Clary dostrzega Świat Cieni z łatwością. Po tym zdarzeniu Jocelyn udała się do Magnusa Bane'a licząc, że będzie on w stanie odebrać Clary Wzrok. Magnus ostrzegł ją, że takie działanie najpewniej zabije Clary, a w najlepszym wypadku doprowadzi jej córkę do szaleństwa. Zamiast tego zaproponował zaklęcie, które sprawi że mała zapomni o Świecie Cieni, kiedykolwiek go ujrzy, ale zaklęcie będzie musiało zostać powtarzane co 2 lata, aby nie straciło mocy. W tym okresie Clary została poddana rytuałowi dzieci Nocnych Łowców, na co niechętnie przyzwoliła Jocelyn, mocno przekonywana przez Magnusa Bane'a, że to uchroni jej córkę przed potencjalnym zagrożeniem ze strony Świata Cieni. W rytuale wzięli udział brat Zachariasz z bractwa Cichych Braci i czarownica, Tessa Gray zamiast przedstawicielki Żelaznych Sióstr. Clary miała pięć lat, gdy w końcu Luke znalazł ją i jej matkę. Widząc, że mężczyzna dobrze dogaduje się z jej córką Jocelyn pozwoliła mu stać się istotną częścią ich życia. Luke tak bardzo wplótł się w życie Clary, że był dla niej niczym ojciec, a ona sama stwierdziła, iż zawsze tak go postrzegała. Gdy miała 6 lat poznała Simona Lewisa, z którym od tego czasu byli nierozłączni, stając się najlepszymi przyjaciółmi. Simon w końcu zakochał się w Clary, co było widoczne dla wszystkich prócz niej samej. Pozostawała nieświadomą jego prawdziwych uczuć, zawsze myśląc o nim jak o najlepszym przyjacielu, a nawet jak wierzyła że jej ojcem jest nieżyjący już żołnierz Jonathan Clark, a pudełko w pokoju jej matki z wyrytymi inicjałami J. C. należało do niego. Wydarzenia z Miasta Kości[] Dwa lata po ostatniej wizycie u Magnusa Bane'a, w czasie zabawy w klubie Pandemonium gdzie wybrała się razem z Simonem, Clary widzi jak grupka Nocnych Łowców uśmierca demona. Łowcy, zszokowani tym, iż przyziemny potrafił dostrzec ich obecność, informują o tym Hodge'a Starkweathera z Instytutu w Nowym Jorku. Po sprzeczce Clary z Jocelyn, w momencie gdy Simon zamierza wyznać co naprawdę czuje, znikąd pojawia się Jace Wayland, który został wysłany z Instytutu, aby sprowadzić Clary. W tym momencie dziewczyna odbiera niespodziewany telefon od swojej matki. W trakcie rozmowy kobieta ostrzega ją przed rzeczami, których Clary nie potrafi zrozumieć, po czym słyszy dziwne dźwięki i panikę w głosie matki. Spiesząc się wraca do mieszkania, znajdując je zdewastowane i bez Joycelyn. Zostaje zaatakowana przez demona, którego zabija, ale sama zostaje zatruta w czasie walki. Jace ratuje jej życie i sprowadza do Instytutu, aby uleczyć dziewczynę. Clary budzi się w Instytucie trzy dni później i idzie razem z Jace'm, aby spotkać się z Hodgem w bibliotece. Tam, chłopak wyjawia swoje podejrzenia co do tego, że Clary jest Nocnym Łowcą, jednak ona stanowczo temu zaprzecza. Gdy dziewczyna próbuje skontaktować się z Lukiem, ten rozłącza się mówiąc aby zostawiła go w spokoju. Hodge pokrótce przekazuje Clary najistotniejsze informacje o Świecie Cieni. Później, za przyzwoleniem Hodge'a, dziewczyna i Jace wracają do jej domu. Clary próbuje wejść do swojego pokoju, ale zostaje zaatakowana przez Wyklętego. Gdy Jace zabija stwora, wchodzą do mieszkania Madame Dorothei. W czasie rozmowy z kobietą, Clary dowiaduje się, że jej matka była Nocną Łowczynią, a tej nocy, w której została porwana, odmówiła przejścia przez pięciowymiarowe drzwi w mieszkaniu Dorothei, ponieważ nie chciała uciekać bez swojej córki. Czując się winna i zaciekawiona tym, gdzie też jej matka chciała się udać, Clary przechodzi przez drzwi i przenosi się do domu Luke'a, a razem z nią przybywa Jace. W domu Luke'a Clary ponownie spotyka się z Simonem, któremu mówi prawdę o tym gdzie była przez ostatnie trzy dni, a także wyjawia istnienie Świata Cieni i Nefilim. W trójkę postanawiają przeszukać mieszkanie i podsłuchują rozmowę między Lukiem i dwoma Nocnymi Łowcami, Pangbornem i Blackwellem. Po powrocie do Instytutu, Clary i Jace mówią Hodge'owi o tym co ich spotkało, a mężczyzna wyjawia im istnienie Kręgu. Dziewczyna jest zszokowana słowami Hodge'a gdy ten mówi, że jej matka należała kiedyś do Kręgu i była żoną Valentine'a. Dziewczyna zakochuje się w Jace'ie z wzajemnością, ale na nieszczęście Clary, Simon też wyznaje jej miłość. Osobowość[] Clary jest niesamowicie uparta i trochę sarkastyczna, ale również bardzo troskliwa. Okazuje wielkie współczucie rodzinie i przyjaciołom. Jej ogromny upór mógł zrodzić się z faktu, że matka była nadopiekuńcza w stosunku do niej. Potrafi zrobić wiele aby tylko zdobyć to co chce, zazwyczaj narażając się na niebezpieczeństwo, irytując tym samym ludzi, którym na niej zależy, zwłaszcza Jace'a i Jocelyn. Jace nawet twierdzi, że jest równie uparta co on i to było przyczyną, tego iż na początku nie mogli znieść siebie nawzajem. Wykazuje zdolności artystyczne podobnie jak jej matka. Nosi ze sobą notatnik, na którego kartach często przelewa swoje uczucia, szkicując. Twierdzi, że to jest jej wersja pamiętnika, gdzie zamiast słów używa obrazów. Wygląd zewnętrzny[] Lilly Collins jako Clary Fray Często mówi się o niej że wygląda prawie jak matka, gdyż podobnie jak ona ma zielone oczy i delikatnie kręcone, ciemnorude włosy. Choć ona sama tego nie dostrzega, jest piękną dziewczyną, co zauważają w niej inni. W Mieście kości twierdzi, że jest mniejszą, brzydszą i bardziej dziecinną wersją matki, a czasami robi uwagi na temat swojego mało widocznego biustu. Mówi, że ma włosy koloru marchewki, nie ciemnorude jak u matki, chociaż większość ludzi się z tym nie zgadza. Twierdzi również, że ma piegi i około 5 stóp wzrostu. Kilka razy wspomniano o tym, że ubiera się jak chłopak. Nosi T-shirty, jeansy i trampki, czym czasami drażni Isabelle, która dobiera jej ładniejsze, modniejsze i sexsowniejsze ubrania. W dalszej części serii powoli odchodzi od chłopięcych ciuchów i zaczyna bardziej dbać o wygląd. Kilku chłopców mówi jej, że jest urocza i piękna. Jace (co widać w materiale dodatkowym, gdzie ukazano jego punkt widzenia) już w "Mieście Kości'' dostrzega, że jest przepiękna, ale ona sama jest tego nieświadoma, czym różni się od większości dziewcząt (w tym Isabelle, która wg Jace'a ''swojej urody używa jak bata''. Relacje[] Rodzina[] Na ogół Clary utrzymuje dobre i bliskie relacje ze swoją matką. Jocelyn przez lata trzymała córkę z dala od Świata Cieni, licząc na to, że to zapewni jej bezpieczeństwo. Kiedy została niespodziewanie porwana przez Valentine'a, Clary poznała świat Nocnych Łowców, ponieważ tylko w ten sposób miała szansę na uratowanie matki. W trakcie poszukiwań Clary dowiadywała się coraz więcej o Świecie Cieni i swojej matce. Uświadomiła sobie, że Jocelyn z opowiadań innych wcale nie przypomina osoby, którą znała. Nie wpłynęło to na postawę Clary. Dziewczyna dalej uparcie walczyła o to, by odnaleźć matkę. Nie dopuszczała do siebie myśli o jej śmierci. Kiedy odnalazła ją w stanie śpiączki, niemal codziennie odwiedzała szpital i próbowała z nią rozmawiać. Zrobiła wszystko co mogła, by ją przywrócić do normalnego stanu. Gdy Jocelyn w końcu się obudziła Clary uwolniła tłumiony i skrywany dotychczas gniew. Była wściekła na matkę za to, że tak długo trzymała Świat Cieni przed nią w sekrecie. Clary i Jocelyn często prowadzą ostre kłótnie na temat tego co jest najlepsze dla dziewczyny, w których Clary chce dowieść swojej niezależności. Pomimo dzielących ich różnic i częstych sprzeczek bardzo się kochają. Mimo, że jest biologicznym ojcem Clary dziewczyna nie darzy go sympatią, o miłości już nie wspominając. Nie wierzy w ani jedne jego słowo wiedząc, że to doskonały kłamca pełen złych intencji. Clary do pewnego stopnia odrzuca fakt ojcostwa. Często zwraca się do niego po imieniu i denerwuje go kiedy tylko nadarzy się ku temu okazja. Po śmierci Valentine'a próbuje o nim zapomnieć, ale kiedy myśli o bracie do pamięci przywołuje także jego osobę. Mimowolnie przypomina sobie o nim wówczas, gdy ktoś o nim raz spotkała swojego brata gdy ten ukrywał swą prawdziwą tożsamość podając się za Sebastiana Verlaca, w czasie jej pierwszej podróży do Idrisu. Nie miała pojęcia, że coś ich łączy. Sebastian zdawał sobie z tego sprawę i zachowywał się tak jakby nie byli rodzeństwem. Pocałował ją. Po jego śmierci próbowała zapomnieć zarówno o nim i Valentine'ie. Gdy Lilith zaczęła proces wskrzeszania Jonathana, Clary z Jacem i Simonem robili co mogli, aby do tego nie dopuścić. Gdy Jace zniknął razem z ciałem brata, zaczęła pałać jeszcze większą nienawiścią do Jonathana za to, że przyczynił się do zabrania blondyna. Clary dołączyła do Jonathana i Jace'a, gdy oboje byli ze sobą związani. W tym czasie poznała bliżej brata, jego motywy i ich wspólne dziedzictwo. Zaczęła kwestionować swoją opinię na jego temat, ale jedynie do chwili gdy Jace powiedział jej o planach Jonathana zmierzających do stworzenia Mrocznych Łowców przy pomocy "Piekielnego Kielicha". Pomimo bycia w pełni świadomym, że są rodzeństwem, Jonathan chce Clary tylko dla siebie twierdząc, iż są sobie przeznaczeni jako ostatni z linii Morgensternów. Próbował nawet ją zgwałcić. Zdarzyło się kilka okazji, w których mógł zostać zabity, gdyby nie jego związanie z Jacem. Miłości [] Jace jest największą miłością Clary. Początkowo traktują się wzajemnie niczym uciążliwość, chociaż między nimi iskrzy. Po kilku miesiącach spędzonych razem, zakochują się w sobie. Ich pierwszy pocałunek miał miejsce w szklarni Instytutu. Kilka trudności i konfliktów od czasu do czasu komplikuje ich związek. Zostali oszukani przez ojca Clary, który sprawił że uwierzyli, iż są rodzeństwem. Bardzo trudno jest wyrzec się im ich wzajemnych uczuć do siebie. W tym okresie zdarzyło im się pocałować, choć jeszcze wierzyli w kłamstwo Valentine'a. Jace zaczął oddalać się od Clary, wystraszony swymi "nieczystymi" uczuciami, a ta nawet zaczęła chodzić z Simonem. Kiedy zostają uwolnieni od kłamstwa, które ich rozdzielało zaczynają formalnie być w związku. Są szczęśliwi przez pewien czas. Wtedy Lilith zaczyna kontrolować Jace'a, zsyłając na niego sny, w których zabija Clary. Bojąc się, że może ją naprawdę skrzywdzić, Jace znowu oddala się od niej. Kiedy Clary dowiaduje się, że Jace został związany z Jonathanem, razem z Simonem opracowują plan: ona ma dołączyć do Jace'a i Jonathana, aby dowiedzieć się co zamierza jej brat, kiedy jej przyjaciel szuka sposobu na rozdzielenie Jace'a i Jonathana w Nowym Jorku. Ich wspólne podróże dały Jace'owi i jej trochę czasu razem. W końcu więź Jonathana i Jace'a zostaje zerwana, a Jace i Clary mogą być znowu jest najlepszym przyjacielem Clary od dzieciństwa. Przyjaźnią się od czasu gdy mieli sześć lat. Clary postrzegała Simona jako dobrego kolegę i kogoś w rodzaju brata. Simon z biegiem czasu zaczął czuć coś więcej do Clary, lecz przyznał się do tego dopiero pchany przez zazdrość, gdy ta zaczęła romansować z Jacem. Przez pewien czas chodzili ze sobą po zerwaniu Clary z Jacem. W końcu Simon nauczył się akceptować fakt, że Clary nie czuje nic do niego. Ciągle pozostają najlepszymi przyjaciółmi i troszczą się o siebie nawzajem. Według Clary istniała możliwość, że zakochałaby się w nim, gdyby nigdy nie dowiedziała się o Świecie Cieni i nie spotkała Jace'a. Sojusznicy[] Dorastając, Clary wierzyła że jej ojciec nie żyje. Miała pięć lat gdy pierwszy raz spotkała Luke'a. Szybko się z nim zaprzyjaźniła, a ten zaczął się troszczyć o nią i wychowywać ją razem z Jocelyn. Ostatecznie Clary pokochała Luke'a jak ojca i tak go traktuje, odrzucając Valentina. Isabelle Lightwood początkowo bardzo jej nie lubiła, ponieważ obarczała ją winą za popsute stosunki w ich pierwotnym trio: Izzy, Jace i Alec. Stopniowo jednak ich relacje polepszyły się, gdy odłożyły na bok dzielące je różnice i zdecydowały się pogodzić. Ostatecznie zostały dobrymi przyjaciółkami, które mogą na siebie liczyć i nawet zwierzają się sobie przy kilku Lightwood od początku był wrogo nastawiony do Clary. Najbardziej przeszkadzała mu nie ona sama, ale to jak bardzo w jego mniemaniu Jace szalał za nią. Twierdził, że dziewczyna ma zły wpływ na przyjaciela, ale Clary przejrzała go i zdała sobie sprawę, że kieruje nim zazdrość o Jace'a w którym był zakochany. Jego wroga postawa wobec niej przybiera na sile, gdy Clary zaczyna się odgryzać. Sprawy między nimi zmieniają się na lepsze, kiedy przez krótki czas wszyscy wierzą że Jace i Clary są rodzeństwem. Nawet po tym gdy kłamstwo zostaje odkryte Clary i Alec pozostają w zgodzie, gdyż chłopak dał sobie spokój z Jacem który dał mu jasno do zrozumienia że są tylko przyjaciółmi. Emma Carstairs - Clary jako jedyna wybiegła za Emmą po tym jak została wystawiona na próbę Miecza Anioła. Od tego momentu zostały przyjaciółkami i mówiły sobie swoje sekrety. Clary powiedziała tylko Emmie w Władca Cieni ze przeczuwa ze zginie w najbliższym czasie. Blackthornowie - Clary znała Marka, Helen i ich rodzeństwo dzięki Aline Penhalow. Dzięki temu poznała także Emmę. Miała dobry stosunek do Blackthornów, była za tym aby Mark i Helen wrócili do reszty rodzeństwa. Alinę przyjaźniła się z Lighwoodami dzięki którymi ją poznała Film[] W filmowej adaptacji pierwszej części sagi w rolę Clary Fray wcieliła się Lily Collins. Po scenach próbnych z Jamiem Campbell Bowerem, aktor dołączył do niej jako Jace Lightwood. Jeszcze przed zagraniem w filmie Lily była wielką fanką sagi, a to co myśli o Clary: "W przygodach Clary chodzi tak naprawdę o poznanie siebie samej. W czasie opowieści dowiaduje się do czego jest zdolna i uświadamia sobie uczucia jakimi darzy dwóch chłopaków, mamę, jak również spotyka swojego prawdziwego ojca." Ciekawostki[] Clary podobnie jak Herondale'owie ma białą bliznę w kształcie gwiazdy na ramieniu jako znak Ithuriela. Jednak w odróżnieniu od nich swoje znamię otrzymała w wyniku eksperymentów ojca, które spowodowały że jeszcze przed urodzeniem płynęła w niej anielska krew. Clary na początku miała przyjąć imię po przyjaciółce pisarki, Valerie Frayre, artystce, która zaprojektowała runy, a nieco później zostało ono delikatnie zmienione na Valerie Frayne. Gdy autorka dowiedziała się, że jej znajomy pisze książkę w kórej główna bohaterka również nazywa się Valerie, zmieniła je na Clary, po innej przyjaciółce pisarki. Ostatecznie edytor pisarki przekształcił je na Clary Fray. Wtedy autorka zdecydowała, że Clary będzie skrótem od Clarice, co w końcu zostało zmienione na jej bieżące imię Clarissa. Valentine chciał by na drugie imię zamiast Adele miała Seraphina po jego matce. Nazwisko Fray Joeclyn nadała po czarownicy Tessie Gray jednak zamieniła litere "G" na "F" od Fairchild. Potrafi tworzyć nowe runy, a także ukrywać oraz wydostawać przedmioty z kartek/kart, co pokazane zostało w Mieście Kości na przykładzie Kielicha Anioła. W Pani Noc Jace oświadcza się Clary, ale ona ich nie przyjmuje. Clary w Królowa Mroku i Powietrza oświadcza się Jace'owi, a następnie on jej Not Canon Compliant - Shadowhunters. Clary Fray/Jace Wayland's Wedding. Parents Clary Fray/Jace Wayland. The story is a series of encounters between Clary and Jace set after the Queen of Air and Darkness and Clary's proposal bonus story. This will span multiple years with the current plan to end on Jace and Clary's 20th Anniversary.
Ale sen przychodził fal, której nie mogła powstrzymać: tęczowe gwiazdy rozłożyły się nad nimi i Clary położyła głowę na ramieniu Jace'a. Zanim całkowicie zasnęła, myśl przełknęła przez krawędź jej umysłu - coś o szarej ziemi z miejsca z jej wizji i znoszone go lady w Faerie.
Hope you guys enjoy! :) On my jcgthunder account I have nearly 900 subscribers and over half a million views! So in celebration I've been trying hard to work Jace says himself that Clary is fiercely brave and loyal and noble. It’s why he fell in love with her. On the other hand, Jace was a douche when we were initially introduced to him. Most people love these bad boy characters. Do Jace and Clary ever get together? The relationship between the Shadowhunters Clary and Jace began in 2007. bohaterÓwclary- 162 wzrostu, 16 lat, zielone oczy, wŁosy do szyji-krĘcone rude loki z czarnĄ pasemka z boku. kocha czerŃ i czerwieŃ. (siostra seby)… seba- 187 wzrostu, 19 lat, niebieskie oczy, wŁosy krÓtkie, biaŁe. ulubiony kolor czarny i granatowy. (brat clary)… jace- 184 wzrostu, 18 lat, zŁote oczy, wŁosy blond. ulubiony kolor
"Ryk zawalania się powoli ucichł, jak dym znikający w powietrzu. Został zastąpiony przez głośne ćwierkanie przestraszonych ptaków; Clary widziała je ponad ramieniem Jace'a, kołujące ciekawsko na tle ciemnego nieba. - Jace - powiedziała delikatnie. - Wydaje mi się, że to już koniec.

Wygląda dosyć ciekawie w tym odcieniu starej pleśni. Podchodzi do mnie, za plecami trzyma chyba wiaderko. Po co mu to?-Jace lepiej tego nie rób- Izabell stoi w drzwiach i bacznie nam się przyglądając obiera banana- Pożałujesz tego- Ostrzega go, ale on nic sobie z tego nie robi. Ja jestem wryta w łożu i nie mogę się ruszyć.

.